ga('send', 'pageview');
Strona główna / Inne / Kazachstan – historia życia mieszkańców

Kazachstan – historia życia mieszkańców

Rozmowa z Panią i Panem Korczyńskimi. Są oni jednymi ze starszych mieszkańców naszej wsi, relatywnie dobrze mówiący w języku polskim. W dalszym ciągu oznacza to, że w ich wypowiedziach jest wiele słów z języka rosyjskiego. Niniejszy tekst jest próbą zredagowania rozmowy z nimi.

On urodzony na miejscu w 1942 a ona w 1947. Ona pracowała w szkole 41 lat, a on w kołchozie 47.

Jak Państwa rodzice tutaj się znaleźli?

Oprócz akcji przesiedleńczej, u nas, na zachodniej Ukrainie było jeszcze rozkułaczanie. Kto posiadał krowę czy owcę już został uznany za kułaka i wroga ludu. I ich trzeba było zniszczyć, trzeba było wszystko im zabrać. Przychodzili policjanci i zabierali, nie tylko bydło, ale nawet poduszki, co się spodobało. Była nawet taka sytuacja: nie było nic w chacie, bo wszystko zdążyli ukryć, zakopać w lesie. Przyszli policjanci i szukają, co by tu zabrać, a nic nie ma. Wtem Arkadek (chyba kapuś) zapytał ,,a co tam macie na piętrze?”. I na piętrze był taki sznurek do wieszania szmat. To zabrali go.
Kiedy pojawiał się rozkaz, że będą kogoś wywozić, to dostawało się tydzień na zamknięcie swoich spraw. Ale po tej akcji rozkułaczania to i tak nic nie mieli, pościel, wiadro. Przyjechali wozem, zapakowali ich, zawieźli na stację kolejową, do pociągów towarowych. A Arkadek pojechał tym samym pociągiem.

Wrześniem 1936 roku przywieźli ich, najpierw do Tayjinszy. A mrozy były wtedy! Przywieźli ich w nocy i do rana stali. Dzieci płakały, starszym ludziom było ciężko. Ranem przyjechały samochody i przywieźli ich tutaj. A tutaj był goły step.
Były okresy przywożenia ludzi w ciągu roku- we wrześniu i w czerwcu. Ci, którzy przyjechali w czerwcu nie mieli tak źle, bo jakieś ziemianki wykopali już ci, których przywieźli we wrześniu. Ale te ziemianki były małe, więc póki nie wykopali swoich to po 3, 4 rodziny mieszkali razem.

Tamtego gaju nie było wtedy (Zasadzono mały gaj jako sad przy kołchozie. Wszystkie drzewa w okolicy są posadzone przez człowieka, normalnie rośnie tu tylko step, czyli wysoka trawa). Na jego miejscu ludzie mieszkali w namiotach, niektórzy ryli ziemianki w ziemi. Mama mówiła, że to były wielkie namioty – po 20, 30 osób.

 

A czy oni wiedzieli, gdzie zostali przywiezieni?

Nie, nie mówili, dokąd jadą. Przywieźli na step i tyle.

 

Jak dużo osób tutaj przywieziono?

W 1936 to nie wiem, ale w 1938 był spis i wyszło 1562 osoby.

 

A w ciągu tych dwóch lat to dużo osób zmarło?

Dużo. A najbardziej umierały dzieci. I te, które się tu rodziły i te, które przywieźli. Latem było gorąco, zimą mrozy. Mama mówiła, że bywały takie doby, kiedy jednego dnia umarło 9 osób, w większości właśnie dzieci. Trzeba było je pochować, a z pracy nie dawali wolnego na pogrzeb, więc chodzili nocami chować dzieci.

 

A jakiej narodowości byli ludzie, których tu przywożono?

Na początku sami Polacy. Ale jeśli były rodziny mieszane czyli np. tata Polak, a mama Ukrainka to oboje. Do wojny. A potem, jak zaczęła się wojna to Stalin znów uruchomił deportacje, na przykład z północnego Kaukazu przywieziono dużo Inguszów. Niemców, protestantów z Powołża. Nie zdążyli wybudować sobie ziemianek, więc kopali takie jamy i to były domy Inguszów. Ale później już wybudowali normalnie ziemianki. Ingusze byli do 1953 roku, wtedy umarł Stalin i była pewna odwilż, nowa władza pozwoliła wracać do macierzystych stron. Wtedy wszyscy Ingusze wrócili. Polacy raczej nie – bali się.
W 1974 roku mama przeszła na emeryturę to pojechała zobaczyć rodzinne strony. Przyjechała tam na Ukrainę, gdzie stała nasza chata. Nowi mieszkańcy ukrywali się przed nią, bo bali się, że chce wrócić i ich wyrzucą. Kiedy mama wróciła, powiedziała, że nie mogłaby tam już żyć. Przywykła do Kazachstanu i nie chciała się przenosić.

 

Jak wyglądały te ziemianki?

Sami je robili. Wyrabiali z ziemi, gliny i słomy takie jakby cegły. Używano również błota ze słomą, z jakimiś zeschłymi trawami. Tak robili ściany. Materiały do okien i dachu (na stepie nie ma drzew, nie ma więc drewna, więc jest kłopot z dachem) to dawało państwo.

 

Kiedy przyjechali w tym 1936 to czym się zajmowali, jaka była ich pierwsza praca?

Od razu był kołchoz. Prawie każdy tam pracował. Co prawda było mało ziemi, ale ludzie szli na pole.
W roku 1936 i 1937 były bardzo małe plony. Ale w 1938 był ogromny urodzaj. Zboża było tak dużo, że ludzie nawet go nie chcieli. Przywozili ziarno pod chatę, wysypywali i mówili: ,,to jest twoje”. Dużo się tego zmarnowało. Samochodów nie było, nie dało się go gdzieś dalej wywieźć.

Kiedy jechało się rozbudowywać sąsiednią wioskę to dostawało się dokument od komendanta wsi, że można tam pracować przez powiedzmy 2 miesiące, ale po tym czasie trzeba było wrócić.

A żeby nikt nie uciekł, nie przeniósł się, to każdy mieszkaniec wsi musiał codziennie zgłosić się do komendanta. On miał swój zeszyt i odhaczał obecność. Cała wieś. Porządek jak w więzieniu, tylko my nie byliśmy ogrodzeni.

Każda rodzina miała też dyżur przy telefonie. Telefon był jeden na wieś, ktoś musiał go pilnować.

 

Byli tu w okolicy rdzenni Kazachowie?

20 kilometrów stąd. Mieszkali w swoich jurtach. Mieszkali tam od zawsze. To byli dobrzy ludzie. Sami byli bardzo biedni, a jeszcze tym, co mieli potrafili się dzielić.

 

Jak z kuchnią, co się wtedy jadło?

Państwo rozdawało chleb. We wsi była piekarnia i każdy, kto pracował, miał swój przydział chleba. Kto nie poszedł do pracy chleba nie dostał. Kawałeczek dla siebie, a część zostawiali dla dzieci. Na dzień było około 200g chleba. Mąki też dobrej nie było, więc chleb był bardzo twardy. Mąka pochodziła z żaren, które przywieźli ze sobą z Ukrainy. Jedno ziarno dawało taką jasną, dobrą mąkę, a drugie było takie byle jakie.

Czasem ludzie kradli ziarno. Wkładali za pazuchę, wsypywali do butów w czasie zimy. Dlatego każdego, kto wychodził z pracy przeszukiwał stróż. Ach, jaka to była szkoda! To ziarno tak mile rozgrzało się przy ciele, a stróż kazał wysypywać.
A i tak w porządku, bo mogli wrzucić do więzienia. Czasami sadzali i to na długo. Nie za jakieś duże ilości, ale za garść.

 

Jak tu wyglądały i wyglądają warunki klimatyczne?

Wtedy było jeszcze bardziej wietrzne. Kiedy nie było budynków i sadów, wiatr hulał po stepie.

U nas drzwi zawsze otwierały się do wewnątrz, bo zimą, kiedy nawiało śniegu nie dałoby się ich rano otworzyć na zewnątrz. A tak to jeden wyłaził i odkopywał ścieżkę, żeby w ogóle móc przejść przez śnieg. Zimno strasznie. A drzwi ziemianki były nieszczelne, śnieg i w środku był.

Lato trwa tu 3 miesiące, a zima 9. Największy mróz, jaki pamiętam to było -45 stopni Celsjusza. Zaś latem w 1989 było +44. Najwcześniej mróz pojawia się w połowie października, zaś śnieg leży czasem do maja. A śniegu jest dużo. Z powodu mocnych wiatrów czasem temperatura bardzo szybko się zmienia. W jednej chwili jest tak gorąco, że z domu nie da się wyjść, ale jak zawieje mocno z północy to w ciągu godziny robi się zimno.

 

Jak z wiarą, religijnością w tamtym czasie?

Cały czas się modliliśmy. Nawet w pracy, kiedy mieliśmy przerwę, albo w polu. Każdą niedzielę mieliśmy spotkania różańcowe w ziemiankach. Raz jedno kółko różańcowe spotkało się u drugiego, a następnym razem zmiana. A przy okazji różańców dzielono się jedzeniem. Smażone jajka, galaretki mięsne, bigos, pierożki. Te pierogi były czasem z marchewką, czasem z burakami. Myśmy zawsze czekali, aż mama wróci i przyniesie w serwetce te dwa pierożki.
Rodzice pilnowali, żebyśmy się modlili. Mama nie dałaby mi pójść spać, gdybym się nie pomodliła przed snem.

Prąd pojawiał się na godzinkę czy dwie. Chyba, że były wybory. Wtedy włączali nawet o 4 nad ranem. Same wybory zaczynały się o 6 rano, a my wszyscy czekaliśmy, bo przywozili z miasta takie ciasteczka. Nie interesowały nas wybory, ale wszyscy przychodziliśmy dla tych bielutkich ciasteczek! Jakie one były słodkie, to było coś.

 

Pojawiali się jacyś księża?

Do 1957 roku nie. Starsi mieszkańcy wsi chrzcili. Zaś w 1957 była odwilż i pojawił się ksiądz Józef Kuczyński, ale mógł się poruszać tylko, jeśli miał pozwolenie od władz. A nawet z tym pozwoleniem władza źle go traktowała, wzywali go na przesłuchania.

Kiedy przyjechał na 3 dni to mieszkał u jednej z rodzin i pierwszy raz widzieliśmy księdza. Pierwszy raz byliśmy u spowiedzi. Chrzcił.
Ostatecznie pomimo tego, że wolno było i miał pozwolenie i tak zesłali go do łagru.

Tylko rok była taka odwilż, że mógł nas odwiedzić ksiądz, a później znowu. Jednego księdza w sąsiedniej wsi władza ostrzelała z karabinu.

 

Co z edukacją?

Od razu jak ludzi przywieźli władza wybudowała przedszkole, szkołę, banię (zbiorową łaźnię), szpital i internat. Żeby ludzie się nie buntowali byli dwaj nauczyciele, którzy uczyli języka polskiego. Ale ludzie się bali. Na przerwach w szkole nie wolno było rozmawiać po polsku, w pracy również. Około roku 1975 przyjechał urzędnik i pytał w każdym domu czy chcą, żeby ich dzieci uczono języka polskiego, ale ludzie się bali i po prostu odpowiadali milczeniem.

 

Przywożono jeszcze później ludzi?

Nie. Była jeszcze taka akcja, że zachęcali ludzi do osiedlenia się w Kazachstanie by zagospodarować nieużytki, ale to byli ochotnicy i szybko pouciekali.
(Jeszcze 40 lat temu Kazachowie stanowili w Kazachstanie 1/3 mieszkańców, reszta była pochodzenia europejskiego. Po upadku ZSRR stosunki liczbowe bardzo szybko się zmieniły i aktualnie stanowią 63%).

Bardzo dziękuję za rozmowę, Bóg zapłać.

Sprawdź może...

[AKCJE] Kiermasz w Piastowie – maj [2018]

W weekend piątego i szóstego maja, wolontariusze regionu warszawskiego gościli w zaprzyjaźnionej salwatoriańskiej parafii pod wezwaniem św. Michała Archanioła w Piastowie. …

[WIDEO] Helena Kmieć – Głowa z koroną