Strona główna / Spotkania Ogólnopolskie / [SPOTKANIE OGÓLNOPOLSKIE] XX Spotkanie Ogólnopolskie „Idź i głoś” – Myczkowce – maj 2017

[SPOTKANIE OGÓLNOPOLSKIE] XX Spotkanie Ogólnopolskie „Idź i głoś” – Myczkowce – maj 2017

  • RELACJA MARTY
  • RELACJA AGNIESZKI
  • RELACJA MAŁGORZATY
  • GALERIA 1
  • GALERIA 2
  • GALERIA 3

ZABIESZCZADOWALIŚMY!

Na spotkanie czekałam z niecierpliwością. Jak się jednak okazało – do czasu. Tuż przed samym wyjazdem zaczęły pojawiać się w głowie natrętne myśli. Z ciężkim sercem, głową pełną obaw, stresem, wsiadłam do pociągu jadącego w Bieszczady…

Nagle wszystko stało się jasne: jestem tu, gdzie powinnam być, z tymi, z którymi powinnam być. Właśnie tak. Nic innego się nie liczyło. Jak mogłam jeszcze kilka chwil wcześniej myśleć inaczej? Nie wiem. Ktoś mi podpowiedział, że szatan zazwyczaj pojawia się w tych sytuacjach, w których za moment zdarzy się coś dobrego. Dlatego tutaj mała rada dla Was: jak nie chcecie jechać, to właśnie znak, że bardzo, ale to bardzo powinniście pojechać! 😀

Całe spotkanie mogę podsumować jednym słowem: Bożoradość! Ale co to byłby za opis wtedy? Na pewno nie taki, jakiego spodziewacie się, Drodzy Czytelnicy. Wobec tego jeszcze trochę Was pomęczę. Każdy poranek zaczynaliśmy od medytacji wraz z jutrznią, na które naprawdę nie było łatwo wstać. Zwłaszcza takim śpiochom, jak na przykład mnie… A gdy pójdzie się spać na dwie godziny przed wstaniem, to dopiero zaczyna się dobra zabawa! Niewątpliwie byliśmy bardzo dzielni i mimo wszystko dawaliśmy radę. Bo kto jak nie my?! Żeby mieć siłę na cały dzień i noc, jedliśmy wspaniałe śniadania, a potem mknęliśmy prosto na warsztaty. Jakie? Z pedagogiki zabawy i animacji (żeby było jeszcze więcej dobrej zabawy, a co!), komunikacji (żebyśmy mogli się „jako tako” porozumieć po tej nieprzespanej nocy!) i tańców izraelskich (żeby nasze nogi cały dzień same tańczyły, a nie spały!) czy pierwszej pomocy (żeby już zawsze dostrzec pająka, w nawet najbardziej kryzysowych, afrykańskich sytuacjach!).

(Mała ilość snu + duża ilość dobrych ludzi) ^2 = Bożoradość! Czy dobrze więc zrobiłam, że pojechałam? Tak! Gdybym została, prawdopodobnie żałowałabym każdej chwili, w której nie byłoby mnie z tymi ludźmi, w tamtym miejscu. Dlatego naprawdę warto czasem zaryzykować, schować zły humor, łzy czy stres do kieszeni i zapomnieć o nich (mogą popsuć nawet najcudowniejsze chwile, nie warto!). Między warsztatami, jedzeniem, spaniem (bo mimo wszystko jednak trochę spaliśmy;), mogliśmy uczestniczyć w różnorodnych konferencjach. Tą, która szczególnie zapadła mi w sercu, była konferencja ks. Kuby Trzópka SDS o posłudze w Meksyku. I wcale nie dlatego, że była o Meksyku (który co prawda nas wszystkich urzekł), ale ze względu na pomoc tam niesioną. Pomoc dzieciom. Dzieciom, które tylko czekają, aż ktoś wyciągnie do nich dłoń, żeby mogły poczuć się kochane i zadbane.

Drogi Czytelniku! Jeśli dotarłeś do tego momentu, to bardzo się cieszę! Dlatego, że nie sposób słowami opisać, co działo się w Myczkowcach. Czy właśnie zapaliła Ci się lampka, żeby tak samo, jak Ci ludzie ze zdjęć powyżej, rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady? My tak zrobiliśmy. Nie wiemy, kiedy i dokąd poniesie nas następnym razem, ale już teraz gorąco zapraszam Cię na któreś z regionalnych spotkań! Warszawa, Lublin, Elbląg, Wrocław i Trzebinia czekają na Ciebie! Dołożysz brakującą cząstkę od siebie! 🙂

Marta Kobylska
Wolontariuszka WMS

Z racji, że mieszkam w miejscowości gdzie są dwie parafie salwatoriańskie, to o Wolontariacie Misyjnym Salvator słyszałam już od kilku lat. Zawsze był mi to bliski temat i bardzo interesowały mnie wszystkie opowieści z dalekich, jak i bliskich zakątków świata. Bo cóż piękniejszego można dać drugiej osobie, jak nie swój czas i pomocną dłoń? Nawet kilka razy przeszło mi przez myśl, aby dołączyć do WMS-u i spróbować swoich sił dając innym jeszcze więcej siebie. Ale jakoś nie było czasu, okazji i końcowej determinacji. Do czasu… Kiedy Szef dał sygnał, że w końcu trzeba zrobić coś w tym kierunku. I tak w wielkim skrócie zapisałam się na spotkanie Ogólnopolskie WMS-u w Myczkowcach.

Początkowo bardzo cieszyłam się na wyjazd. Na ponowne spotkanie części znajomych, których poznałam wcześniej. Jednak na kilka dni przed wyjazdem przyszło zrezygnowanie i lenistwo. Bo po co jechać na drugi koniec Polski, na całą majówkę, zamiast odpocząć w domu i nadrobić kilka rzeczy na uczelnię? No ale zgłoszenie wypełnione, więc trzeba jechać! Wiadomo, że będzie to świetny wyjazd… tylko trzeba się ruszyć z domu.

Pierwsze moje małe problemy odnośnie wyjazdu zaczęły się, jak spróbowałam znaleźć sobie w miarę racjonalny transport. A że późno się zabrałam za ten temat to wyszło, że został mi jedynie blablacar. Wyjeżdżając w sobotę o 4 nad ranem z domu wiedziałam, że dojadę nim do Krosna, a tam będę szukać jakiegoś busa i martwić się, co dalej. Na całe szczęście Góra mocno czuwa i gdy w Krośnie marzłam na PKSie szukając autobusu, znalazłam za 10 min kolejny blablacar do Sanoka, a następnie z Sanoka do Myczkowców z dziewczynami, które jechały właśnie na spotkanie WMS-u! Niezły fart, co nie? 😀 Też tak uważam! 😀 I tak po prawie 12 godzinach drogi dotarłam na miejsce, gdzie rozpoczęła się moja wielka przygoda.

Przed wyjazdem miałam obawy odnośnie tego, czy dam radę zintegrować się ze wspólnotą, która zna się już dłuższy czas. Czy to nie był błąd, że zaczęłam od spotkania ogólnopolskiego, a nie regionalnego? Trochę takich negatywnych myśli kłębiło się w głowie, ale trudno. Wiedziałam, że na miejscu spotkam Zuzię, Dominikę czy Martę i jakoś to się ułoży! Jakoś to będzie! 🙂 Jak przyjechałam, to w ośrodku prawie nikogo nie było. Część ekipy, która przyjechała wcześniej była w górach, część nad Soliną, a reszta jeszcze w trasie. Ale nim się obejrzeliśmy, przyjechały już kolejne osoby i czas zaczął biec dużo szybciej i weselej. 🙂

Pierwszy wieczór był poświęcony kwestiom organizacyjnym najbliższych dni, ale również pierwszej integracji przy grach planszowych i ciastkach. 😀

Kolejne dni były bardzo intensywne i mocno zaplanowane. Każdy miał stałe elementy jak adoracja, Msza święta czy medytacja Słowa Bożego. Jednak każdy był niepowtarzalny i inny od wcześniejszego. W niedzielę był pierwszy dzień warsztatów, które dostarczyły nam sporo wiedzy i umiejętności przydatnych w naszej posłudze. Pierwszy mój warsztat był poświęcony komunikacji. Zastanawiało mnie: co nowego mogę z niego wynieść, skoro przeszłam już sporo podobnych kursów, a także na uczelni w ramach mojej specjalizacji przerabiamy zagadnienia dotyczące komunikacji interpersonalnej. Jednak dziewczyny prowadzące pozytywnie nas zaskoczyły i była całkiem spora dawka nowych oraz ciekawych informacji.

Kolejne warsztaty dotyczyły pierwszej pomocy. Ktoś, kto już nie raz był na takich warsztatach pewnie znów może pomyśleć: co nowego można się dowiedzieć. Może nowego nic, ale przypomnieć sobie wszystkie ważne elementy, które z biegiem czasu się zapomina! Zaczynając od podstaw przy wyciąganiu kleszcza czy opatrzeniu ran, kończąc na robieniu RKO u niemowlaka. Tym bardziej, jeśli nie używamy tego na co dzień, warto odświeżyć tę wiedzę szczególnie przez symulacje, których oczywiście nie zabrakło. 🙂 Bowiem w drugiej części warsztatów nasza wiedza była sprawdzana w postaci scenek, gdzie nagle ktoś nam się zadławił czy został ukąszony przez pająka.

Trzeci blok warsztatowy nosił tytuł „Pedagogika zabawy”. Podczas niego uczyliśmy się tańców izraelskich, które czasem nie były takie proste, na jakie wyglądały i mieliśmy z nimi mały problem. Ale jakoś poszło! 🙂 Ćwiczyliśmy zabawy z chustą klanza, robienie zwierzątek z balonów, malowanie plakatów ewangelizacyjnych ekologicznymi farbkami czy zasady dobrych zajęć podczas misji. Dzięki temu wiem, co możemy wykorzystać podczas prowadzenia zajęć dla dzieci na misjach, ale też doskonale wiem, że prowadzący też się bawi! 😀 Bo ile to radości można mieć z zabawy z klanzą czy tańców! 🙂

Podczas naszego pobytu mieliśmy też konferencje o różnej tematyce. Pierwsza z nich dotyczyła pracy na misjach, a dokładnie pracy w Meksyku wygłoszona przez x. Jakuba Trzópka, który tam pracował przez kilka dobrych lat i dzielił się z nami swoim świadectwem. Inna konferencja dotyczyła założyciela zakonu salwatorianów – ojca Franciszka Jordana i jego duchowości. Kim był, jakie są filary zgromadzenia, które założył i jego główna myśl, czyli ewangelizacja każdego człowieka. Tak naprawdę dopiero na tym wyjeździe poznałam bliżej ojca Jordana. Pomimo że od prawie 21 lat znam salwatorianów! Wiem, że muszę jeszcze o nim poczytać, bo bardzo mnie zainteresował. Miałam wtedy taką refleksję: to smutne, jak mało wiem o założycielu zgromadzenia, które posługuje w naszych parafiach. Ale też jak mało wiemy o życiorysach jakichkolwiek świętych. Co takiego stało się w ich życiu i co z ich życiorysu jest tak bardzo podobne do naszego.

Nie zabrakło również czasu na lepsze poznanie innych wolontariuszy, wyjście w okoliczne pagórki czy wieczorne ognisko i śpiew przy gitarze. Ten majówkowy weekend był dla mnie jednym z najlepszych wyjazdów. Wyjazdem, który wiele mi dał zarówno nowej wiedzy i umiejętności, ale przede wszystkim radości ze spotkania. Możliwości rozwijania swoich talentów w grupie muzycznej czy w innych aspektach. Były to niezapomniane chwile, które wiem, że zapoczątkowały kolejny świetny rozdział do zapisania w moim życiu. Jechałam z obawami, a wracam z zapałem do pracy. Z poczuciem przynależności do wspaniałej wspólnoty. A! I wracam posłana na misje! 😀 Choć to był mój pierwszy wyjazd i na pierwszych warsztatach powiedziałam, że na misje nigdzie nie jadę, bo jestem nowa… To Szef zaplanował inaczej i mi się to podoba! 😀 Nie będzie łatwo, wiem o tym, ale biorę na barki to, co Góra zaplanowała i czas działać. Bo cóż innego robić? 🙂 O tym za jakiś czas pewnie napiszę! 😉

Kończąc: jeśli kiedykolwiek myślałeś o zaangażowaniu się w jakikolwiek wolontariat – polecam! 😀 Jednocześnie ostrzegam! Jest to zaraźliwe i niebezpieczne! Ale satysfakcja jeszcze większa! 🙂

Z Bogiem!
Agnieszka Wrzesińska

Przypadek

Przez przypadek 7 lat temu pojechałam do Albanii. Przypadkowe spotkanie w autobusie sprawiło, że wróciłam na łono WMS po kilkuletniej przerwie. Przypadkiem obudziło się we mnie pragnienie służby, pragnienie pojechania jeszcze na misje. A może rozpoczęcie swojej misji tu, na miejscu.

Tak się też przypadkowo złożyło, że nasza przyjaźń po tym wyjeździe w 2010 roku trwa. Wiemy, kiedy kto i z kim się zaręczył, kto został porzucony, a komu rodzi się drugie dziecko. Od czasu do czasu uda nam się nawet spotkać w „prawie” pełnym składzie.

Z WMS-u się nie wyrasta. Bardziej wrastasz w niego jeszcze mocniej.

Dla mnie to powrót po latach. Czas wrócić w innej formie. Czas się podzielić wiedzą i umiejętnościami, czas pomyśleć o innych. I te miłe słowa na koniec: „Bardzo mi pomogłaś, powinnaś pracować w takim charakterze, powinnaś się w tym temacie rozwijać i pomagać innym. Wiem, co mówię.”

Same grupy szkoleniowe zaskoczyły mnie swoją otwartością, zgraniem i profesjonalnym podejściem

do tematu. Nagle okazuje się, że mnóstwo mnie łączy nawet z nowo poznanymi osobami. Ktoś mieszka w Berlinie, tak jak Ty mieszkałaś, ktoś był w tym samym miejscu w Albanii, ktoś też zna bliskie mi osoby („Dinozaury WMS”), ktoś mieszka w Warszawie ulicę od Ciebie, ktoś też ma podobne dylematy i marzenia. A to wszystko odkrywasz przy pięknej aurze i scenerii dzikich Bieszczadów.

Serce się raduje gdy widzę, jak teraz działa WMS. Jaki nacisk położony jest na rozwój duchowy, wzrastanie we wspólnocie, modlitwę, adorację. Posługa misyjna sama wynika z potrzeby serca. Moment posłania wolontariuszy bardzo przeżyłam, to była niezwykła uroczystość. Gdy słyszałam te wszystkie imiona, gotowość do posługi, poświęcenia, nie mogłam powstrzymać wzruszenia. Zostanie posłanym do kościoła za granicą, do pełnienia konkretnej służby, niezwykłe. Zapewniam o swojej modlitwie.

A może to jednak nie był przypadek…

Małgorzata Panasiuk
Wolontariuszka i warsztatowiec WMS