Strona główna / Wyjazdy / ALBANIA: JUBICE (2010)

ALBANIA: JUBICE (2010)

Drugiego sierpnia w ośmioosobowym składzie wyruszyliśmy w stronę Albanii, by odbyć tam miesięczny staż wolontariacki. Już sama podróż nie należała do łatwych: 1800 km zdołaliśmy pokonać w 30 godzin, zmieniając się za kierownicą.

Wąskie, kręte, górskie drogi w Czarnogórze, oraz monumentalne dziury w asfalcie na szosach albańskich wymuszały maksymalną koncentrację, co odbiło się na oczach. Po prostu w pewnym momencie odmówiły mi posłuszeństwa. Dlatego dobrze mieć kilku kierowców. Pierwszy dzień przywitał nas upałem, który utrzymywał się przez cały miesiąc. 30-35 stopni suchego powietrza. Codziennie. Dla mnie super. Ale dla osób preferujących północne temperatury, będzie to spore wyzwanie.

Tak to na ogół bywa w wolontariacie misyjnym – żar z nieba jest towarzyszem wolontariusza od wschodu do zachodu słońca. Praca nie poddaje się regułom. Trzeba być elastycznym. My mieliśmy organizować zajęcia dla dzieci, których podobno wiele nie było, bo to wakacje. Pierwsze spotkanie pokazało, że dzieci jest jednak więcej, a granica wieku zamyka się na roku życia nr. 23… Dzieci… Nie ma co, trzeba inaczej przygotować następne zajęcia, dostosowując je do wieku. Ale cóż to? Po kilku dniach kończą się pomysły, bo okazało się, że nastoletnim dzieciom nuda włącza się już po kilkunastu minutach. Trzeba inaczej przygotować następne zajęcia, dostosowując je do potrzeb podopiecznych. No i jakże to? Chcemy dobrze, a nagle okazuje się , że wyszło odwrotnie. Przecież nikt nie chciał zepsuć samochodu, nikt nie chciał nieporozumień wynikających z odmienności kulturowej…

Nikt nie chciał napsocić, ale z wolontariuszami to czasem jak z dziećmi. Muszą się przystosować do realiów nowego kraju i czasem trzeba ich poprowadzić za rękę. Trzeba inaczej, lepiej się przygotować do następnego wyjazdu. Czy ta praca ma sens? Czy to tylko kropelka w wodzie? Takie pytania też się nieraz nasuwają. Odpowiedź jest jedna. Wszystko, co robi się z sercem, ma sens. Tak, to jest jedna kropelka. Jedna kropelka więcej! Wyzwania związane z przebywaniem w nowej, jeszcze obcej kulturze, codzienna praca z dziećmi wymagająca dużej dozy elastyczności i pomysłowości, praca fizyczna, rozwiązywanie nieporozumień – większość z tych rzeczy, a pewnie także wiele innych, spotka każdego wolontariusza wyruszającego w drogę. Nie ma się jednak co bać, gdyż nie są to rzeczy nie do pokonania. Przeciwnie, pokonać je bardzo łatwo. Wystarczą chęci i dobre przygotowanie do wyjazdu. Wystarczy motywacja do pracy, wiara w siebie i zaufanie.
Wyjazd do Albanii był jednym z moich najpiękniejszych wyjazdów. Nie dlatego, że trafiłem do kraju, gdzie rosną palmy, a po drzewach latają małpy.

Przyroda Albanii jest piękna, ale kokosów tam nie ma. Nie ma też wielu zabytków, bo zostały zniszczone podczas kilkudziesięcioletniej dyktatury i budowy nowego ładu. Jest natomiast wioska Jubice, która stała się moim, naszym domem. Są takie miejsca, gdzie człowiek zapomina o reszcie świata i oddaje się całkowicie temu, co robi w danym czasie. Takie są Jubice. Spokój tego miejsca, rodzinna atmosfera, codzienne zajęcia z dziećmi i codzienne wspólne modlitwy nadały tej malutkiej przestrzeni ogromną wartość. Tak dużą, że aż nie chciało się stamtąd wyjeżdżać.

Mój przyjaciel powiedział mi kiedyś: „Gdziekolwiek byś nie pojechał, On już tam był. Obyś całe życie miał Go za przewodnika.” Tego ja też wam życzę i zapraszam do wolontariatu, który może się stać najpiękniejszą i najwartościowszą przygodą waszego życia.

/-/ Mateusz Żuławski, WMS Lublin

Sprawdź może...

[GALERIA] ALBANIA, JUBICE (2015) [relacja] / część 2

Jest 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia NMP, odpust w Jubice. Wszelkie dyżury, zajęcia z dziećmi i prace fizyczne (oprócz tych w kuchni) zostały zawieszone. Nasi goście zostali uraczeni kolacją doskonałą: 3 rodzajami mięsa, 3 ciastami, 3 surówkami i pierogami. Prawdziwa uczta. Cały czas miałyśmy nadzieję, że niezaprawione żołądki wytrzymają nasze gotowanie.

[GALERIA] ALBANIA, JUBICE (2015) [relacja]

Jesteśmy na razie zgraną i zorganizowaną grupą, bo czuwa nad nami nasza cierpliwa mama, Dżastina. Czekamy aż pojawią się zapowiadane przez innych konflikty, ale szczerze mówiąc nawet nie miałybyśmy czasu na kłótnie. Bo wolny czas to tutaj rzadkość, szczególnie jeśli akurat ma się dyżur w kuchni. Nasz plan dnia jest zaplanowany co do minuty.