Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] Autonomia Palestyńska (2014)

[WYJAZDY] Autonomia Palestyńska (2014)

  • ŚWIADECTWO 
  • GALERIA 

Moja misja w Emmaus

Placówka Beit Emmaus nie była moim pierwszym wyborem. Właściwie to mogę powiedzieć, że nawet nie była ‘moim’ wyborem. Pamiętam moment kiedy na jednym ze spotkań Paulina (która była tam w zeszłym roku) przygotowała drogę krzyżową ze zdjęciami z tego właśnie miejsca. Refleksje do każdej stacji oparte były o jej doświadczenie oraz historie tamtejszych pacjentek. Dość mocno poczułam wtedy w środku „nie, to nie jest miejsce dla Ciebie”. Toteż przy składaniu podań nie brałam tej placówki  za bardzo pod uwagę. Z czasem okazało się, że nie mogę jechać w miejsce, które wybrałam, ponieważ musiałabym jechać sama. Na ten moment byłoby to zbyt duże wyzwanie dla mnie. Po rozmowach z Księdzem padła propozycja Emmaus. Wiedziałam jaka tam jest potrzeba, ale cały czas dobrze pamiętałam to uczucie, które pojawiło się wtedy. Pełna obaw oddałam te wątpliwości na modlitwie i pomyślałam, że może taka jest wola Boża, że może jednak to miejsce jest dla mnie.

To był początek wątpliwości. Przed wyjazdem dotarły do mnie życzenia jednej ze znajomych Sióstr, która jakiś czas posługiwała w Emmaus – „życzę Ci zakochania się w tym miejscu”. Kiedy po podróży dotarłyśmy na miejsce, byłam oszołomiona. Gdzie właściwie jestem?? Ten stan trwał dobre 2 tygodnie. Pierwsze dni były pełne nowych wrażeń. Wdrażanie się w pracę, poznawanie ludzi, okolicy. Byłam trochę przerażona, nie pracą i obowiązkami, ale otoczeniem. Czułam się strasznie obco, w tym kraju, w tej kulturze. Dość długo trwała taka moja wewnętrzna aklimatyzacja. Zdecydowanie nie było to zakochanie od pierwszego wejrzenia. Ta miłość rodziła się powoli. Dzień po dniu.

Początki w pracy były bardziej przyglądaniem się i pomocą. Po kilku dniach instruktażu dostałam swoje pacjentki. Przyznam, że było to dla mnie nowe doświadczenie. Wiele rzeczy było normalnych, bo jako fizjoterapeuta miałam już wcześniej kontakt z różnymi pacjentami. Jednak ten rodzaj opieki był dla mnie dość intymny. Nigdy wcześniej nie kąpałam, nie przewijałam, nie karmiłam dorosłych osób. Czasem wydawało mi się, że ja czuję się bardziej zawstydzona niż moje podopieczne. Może wynikało to często z braku porozumienia, bo mimo tego, iż przyswoiłam nieco podstawowych arabskich zwrotów, to bywały sytuacje, w których chciałoby się powiedzieć coś więcej.
Ale z każdym dniem poznawałam te pacjentki coraz lepiej, rozpoznawałam ich humory, wiedziałam co lubią jeść, kiedy chcą coś do picia, jak je rozśmieszyć kiedy płaczą lub jak niektóre wyciągnąć do ogrodu.

Szczególne miejsce w moich wspomnieniach zajęła Karima, kobieta cierpiąca na słoniowatość nóg i lekkie upośledzenie umysłowe. Miała w sobie coś, co wzbudziło moją sympatię od razu. Wciąż pamiętam jej śmiech, wspólne wygłupy lub kiedy po prostu siedziałyśmy obok siebie trzymając się za ręce. Choć niejednokrotnie opieka nad nią była niemałą szkołą cierpliwości lubiłam się nią zajmować. Czasem rano były małe przepychanki, bo np. Karima chciała ubrać coś, co nie należało do niej. Zdarzało jej się bowiem podbierać rzeczy innych pacjentek. Albo idąc do łazienki zbyt wcześnie zdejmowała pampersa i kilka razy dziennie trzeba było zmieniać spodnie. Pamiętam też sytuację kiedy Karima dostała sztuczną szczękę od stomatologa i za żadne skarby nie chciała jej nosić. Pluła na podłogę, chowała gdzieś zęby lub próbowała wyrzucić je do śmieci. Wtedy potrzebowałam pomocy którejś z arabskich dziewczyn, żeby jej wytłumaczyła.
Ostatnio widziałam na zdjęciach, że Karima już przyzwyczaiła się do noszenia zębów i ma zupełnie inny uśmiech niż ten, który zapamiętałam.
„Uśmiech jest tańszy od elektryczności i daje więcej światła” (Archibald Joseph Cronin)

Drugą pacjentką, o której chciałabym napisać kilka słów jest Alice. Emanował od niej niesamowity spokój i pogoda ducha. Alice jest niewidoma, ma bardzo słabe kończyny, porusza się na wózku, trzeba ją karmić i pomagać w innych codziennych czynnościach. Zawsze zaskakiwało mnie to kiedy na dzień dobry i pytanie jak się masz Alice odpowiadała „Thanks God” albo po arabsku „Chamdullilah”. Dziękowała także za wszystko co należało tam do moich obowiązków. W ogrodzie lubiła siedzieć na słońcu, a kiedy mówiłam, że chcę zrobić jej zdjęcie uśmiechała się tak, że aż cała twarz promieniała. Miałam takie odczucie, iż mimo doświadczanego cierpienia i ograniczeń fizycznych była wdzięczna za wszystko co ją spotyka.
„W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was”. (1Tes 5,18)
Mogłabym pisać całkiem sporo o każdej z naszych podopiecznych, ale przyznam szczerze, że dla mnie ta misja to nie była tylko praca, to nie tylko posługa wśród chorych. To także codzienne życie we wspólnocie, z ludźmi innej kultury, wyznania.
Wspólnota Sióstr przyjęła nas bardzo ciepło i serdecznie. Możliwość dzielenia rytmu dnia z Siostrami była bardzo pomocna, zwłaszcza kiedy pojawiały się trudności i zniechęcenie. Poranne modlitwy, do których często dołączałam były zastrzykiem energii na początek dnia, a popołudniowa Msza Święta była pięknym jego zwieńczeniem. Tu chciałabym się podzielić pewnym odczuciem, które mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, że brak Eucharystii w ojczystym języku może być taki trudny! Bo przecież Msza jest Mszą i istotne jest to co się na niej dokonuje, a nie w jakim języku, ale jednak tęskniło się. Przez całe trzy miesiące byłyśmy tylko raz na polskiej Mszy Św.

Nowym doświadczeniem  było dla mnie bliskie zetknięcie z ludźmi, którzy wychowali się w innej religii. Uświadomiłam sobie tam, że właściwie nigdy wcześniej nie miałam okazji do tak bliskiego kontaktu z muzułmanami. Zaprzyjaźniłam się tam szczególnie z jedną z dziewczyn, z Yasmeen. Dużo czasu spędzałyśmy razem. Zadziwiające było dla mnie to jak dobrze potrafimy się zrozumieć, mimo wydawałoby się tak dzielących różnic. I to uczucie kiedy muzułmanka mówi, że będzie się za ciebie modlić – niesamowite! To dało mi poczucie jedności, wszyscy jesteśmy ludźmi, żyjemy pod tym samym niebem i każdy z nas potrzebuje zrozumienia, przyjaźni i miłości.

Oprócz nas byli tam też inni wolontariusze, z Niemiec. Pomagali w pracach w ogrodzie. Pewnego wieczoru chłopcy siedzieli na ławce przed domem. Przechodząc z Magdą spontanicznie zapytałyśmy czy nie poszliby wspólnie z nami pomodlić się różaniec. Ku naszemu zaskoczeniu chętnie odpowiedzieli na to zaproszenie i udaliśmy się razem do kaplicy. Niektórzy z nich znali tę modlitwę, innym wytłumaczyłyśmy co i jak się odmawia. Wtedy po raz kolejny poczułam, że nasza misja nie może ograniczać się tylko do pacjentek, że nie można zawężać zakresu swoich  „misyjnych obowiązków”. Trzeba mieć serca i oczy otwarte na wszystkich wokół. I to nie tylko na placówkach misyjnych, a szczególnie w naszej codzienności. Bądźmy świadkami wiary i miłości!

Za te wszystkie doświadczenia i wspomnienia, które na pewno zostaną na zawsze w sercu – Bogu niech będą dzięki!

/-/ Ilona Piróg, WMS Wrocław

 

Sprawdź może...

[GALERIA] TANZANIA (2014)

Galeria

[GALERIA] Autonomia Palestyńska (2014)

Galeria.