Strona główna / Wyjazdy / Autonomia Palestyńska: Emmaus (2013)

Autonomia Palestyńska: Emmaus (2013)

[tab_item title=”ŚWIADECTWO”]

[message_box title=”OPIS” color=”blue”]W 2013 roku na placówce misyjnej  w domu opieki społecznej prowadzonym przez siostry salwatorianki w Al Quebibeh (biblijne Emmaus) posługiwały Paulina Olechowska oraz Marta Trawińska. Przedstawiamy Wam świadectwo Pauliny.[/message_box]

„Dotrzesz do Źródła. Żeby przeżyć, będziesz musiała odkryć co tak naprawdę jest dla Ciebie najważniejsze. Będziesz na pustyni… spragniona. I zadowolisz się jedynie Czystą Wodą. Wrócisz piękna, albo pustynia Cię pokona, zmasakruje, zniszczy, zmaltretuje. Słuchaj pragnień serca, tych najgłębszych, najprawdziwszych, najczystszych. Ucisz szum życia. Bóg jest z Tobą, a Duch da Ci nowe życie w Jezusie Panu naszym. Błogosławię Ci na ten wyjazd. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen”. Tymi słowami rozpoczęłam swoją posługę misyjną w biblijnym Emmaus, w Palestynie.

Dzień przed wyjazdem byłam u spowiedzi – dokładnie 13 lipca. Ksiądz, który mnie spowiadał nie wiedział kim jestem, ani gdzie jadę. I dostałam taką oto naukę: „Pamiętaj drogie dziecko, że kiedy będzie Ci ciężko, to Pan Bóg umocni Ci plecy, albo zabierze Twój Krzyż. To zdanie mocno utkwiło mi w pamięci, bo wiedziałam, że będę je sobie powtarzać tam, na miejscu bardzo często. Tak też się stało. Dosłownie i w przenośni nosiłam ten Krzyż. Bo kiedy zobaczyłam moich przyszłych pacjentów, usłyszałam ich historie, to pomyślałam sobie: „Oj, Paulinko… kim Ty jesteś, że narzekasz na swoje życie. Twoje problemy są niczym w porównaniu do problemów tych ludzi”. I tym moim Krzyżem nie były moje sprawy, tym Krzyżem stało się ich życie, ich choroby i dolegliwości. Chciałam żyć ich życiem, ich przeszłością, żeby im zrobiło się lżej.

Jedną z pacjentek była Olah, która jest kilka lat starsza ode mnie, a większość swojego młodego życia spędziła zamknięta w piwnicy, gdzie rodzice rzucali jej kawałki jedzenia jak zwierzęciu. Przez ten czas straciła człowiecze odruchy, przestała mówić, stała się ‘dzika’. Opiekowanie się Olą nie należało do łatwych zajęć. Często dostałam od Oli kopniaka, miałam pogryzione i podrapane ręce, dostałam pięścią w plecy, albo zostałam opluta. Ale to nic. Zawsze się śmiałam z tego, że jest sprytniejsza ode mnie.  Jaką naukę z tego wyciągnęłam? Że kto kocha prawdziwie, przyjmuje krzyż, nie lęka się jego ciężaru.

Myślę, że my jako wolontariusze, jesteśmy takim Szymonem, który pomaga Jezusowi nieść Krzyż. I to nie tylko jeden dzień w roku, ale przez cale nasze życie. Nam nikt nie każe tego robić, bo mamy to wpisane w nasze powołanie. To jest jakby naturalne. Wolontariuszem nie jest się tylko na wyjazdach, czy podczas organizowanych akcji na miejscu, ale zawsze i wszędzie. Może to dziwnie zabrzmi, ale tam w ośrodku mocniej czułam, że to pacjenci i ludzie z którymi tam żyłam pomagali mi nieść ‘mój krzyż’, a nie ja im. Zawsze kiedy robiło mi się smutno, albo byłam nie w humorze, szłam na oddział i siedziałam sobie z pacjentami. Rozmawialiśmy trochę po arabsku, trochę po angielsku. Mimo, że czasem ktoś się rozpłakał lub wpadł w złość z jakiegoś powodu, to zawsze czułam się lepiej, że w takich chwilach jestem z nimi i zapominałam o swoich problemach, albo po prostu znajdywałam rozwiązanie.

Naszą powinnością jest być odważnym by pomóc w potrzebie. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że „Odwaga to nie jest nieodczuwanie strachu. To świadomość, że jest coś ważniejszego niż strach.” Najważniejsze jest jednak to, by zrozumieć, że każda pomoc daje ukojenie nam samym i temu któremu podajemy rękę.

Któregoś dnia kiedy moją pacjentką była Kamal, zapytałam ją o tak- po prostu, czy nie chce iść ze mną do kaplicy na Mszę Św. wieczorną. Ku mojemu zdziwieniu Kamal odpowiedziała, że jeśli ja idę i ją wezmę, to ona też pójdzie. Wszyscy byli zdziwieni, nie tylko ja. I od tej pory Kamal, kiedy mnie widziała to pytała, czy idę na Mszę i czy przyjdę po nią. Niby nic, ale dodaje sił. Msza św. w Emmaus była takim punktem programu, kiedy spotykali się wszyscy. Większość skończyła już dyżur i po całym dniu spotykaliśmy się razem z Panem Jezusem. Każdy z nas był inny, część osób z Niemiec, część z Austrii z Polski, katolicy, prawosławni, protestanci. Ale właśnie w tej jednej chwili dnia oprócz posiłków spotykaliśmy się razem i przeżywaliśmy to samo. Msza była prowadzona zazwyczaj po niemiecku, czasami po angielsku, niektóre części były w języku arabskim, ale język był nieważny, bo wszyscy wiedzieliśmy po co tam jesteśmy.

Była tam też Karime – kobieta chorująca na słoniowaciznę nóg. Była również upośledzona psychicznie. Chcę o niej napisać, ponieważ była moją słabością. Uwierzcie, że z mojej strony wymagała niesamowicie wiele cierpliwości, której mi czasami brakowało. Kiedy widziałam na grafiku, że danego dnia mam Karime pod opieką to zaciskałam zęby i wzdychałam, bo wiedziałam, że to będzie ciężki dzień. Karime często płakała, bo chciała siedzieć na innym krześle a kiedy pomagaliśmy jej się przesiąść, to płakała znowu bo chciała wrócić na poprzednie. I tak w kółko. Najgorsze było, kiedy przyszła pora na zmienienie pampersa. Karime sygnalizowała kiedy chce iść do toalety, ale kiedy sadzałyśmy ją na sedes, to albo było za późno, bo już zdążyła się zmoczyć, albo za wcześnie i robiła to tuż po zejściu z toalety kiedy jeszcze nie miała założonego pampersa. Niby nic, ale kiedy zdarza się to 10 razy dziennie to jest to niezła szkoła cierpliwości. O tą cierpliwość modliłam się każdego dnia. Kiedy Karime wróciła z tygodniowego pobytu w domu, siedziała sobie na krześle i kiedy zobaczyła mnie to uśmiechnęła się a ja podeszłam ucałowałam ją i przywitałam. Wtedy  zrozumiałam, że nie jestem w stanie być na nią zła.

We wrześniu przygotowywaliśmy kolejny numer gazetki z Emmaus. Moje koleżanki Ivonne i Lena z Niemiec miały napisać artykuł o tym, czego można się tutaj nauczyć. Siedziałyśmy wieczorem razem i zapytały mnie czego ja się tu nauczyłam. Bez specjalnego zastanawiania się odpowiedziałam, że Miłości. Powszechnie wiadomo, że nie każdą ranę da się wyleczyć tym samym opatrunkiem. Ale miłość jest uniwersalna. Bo kiedy mamy zranione ciało, ale dusza jest cała, to łatwiej to przejść. I ja starałam się ją dać każdemu.

W ostatnim tygodniu mojego pobytu, dokładnie dwa dni przed wyjazdem – to była piątkowa noc- umarła jedna z pacjentek – Nahil. Była starszą, schorowaną kobietą i właściwie każdy podejrzewał, że Nahil może umrzeć, ale ciągle jeszcze nie teraz. Kilka tygodni przed śmiercią jej stan się trochę pogorszył, któregoś dnia musieliśmy w końcu podłączyć kroplówkę, bo już nie mogła jeść (nawet przez tubę) i dostała wysokiej temperatury. W życiu się nie spodziewałam, że przeżyję czyjąś śmierci na wolontariacie, no ale jednak. Strasznie dziwne to było, kiedy przyszłam na poranny dyżur a jej łóżko było puste. Jej dieta została zmazana z tablicy w kuchni, nalepka na wagonie z jedzeniem zerwana. Ogromna pustka, a jednocześnie ulga, bo Nahil bardzo cierpiała, a teraz na pewno spoczywa w pokoju. Obok Nahil leżała Linda. Linda miała nowotwór umiejscowiony jamie brzusznej, przerzuty praktycznie wszędzie. Jej stan był bardzo poważny już chyba od roku, ale miała mocne serce i nie wybierała się jeszcze na tamten świat. Dwa tygodnie po powrocie, dwa tygodnie po śmierci Nahil dostałam wiadomość, że Linda umarła również. Była tam też Suso – 36-cio letnia kobieta z zespołem Downa. Dokładnie tydzień temu dostałam wiadomość, że umarła i ona. Niewydolność wielonarządowa. No tak, życie przemija. Jezus też umarł i była to najpiękniejsza śmierć. Śmierć a zarazem początek. Mówię o tym, dlatego, że śmierć Nahil i Lindy nastąpiła w momencie, kiedy przyszło mi rozpocząć życie na nowo. Trzeba było wrócić do Polski, znowu zacząć chodzić na zajęcia i żyć jak kiedyś.

Mój ostatni tydzień w Emmaus był naprawdę pełen emocji i cudów. Przez cały ten czas zaczynało do mnie dochodzić, że powoli muszę zacząć się pakować, bo w niedzielę mam samolot do domu. I przez cały ten tydzień płakałam wieczorami, że będę musiała opuścić to miejsce i ludzi. Podczas mojego ostatniego dyżuru nocnego już od początku działy się niesamowite rzeczy. Przechadzałam się po salach, żeby się przywitać z pacjentami i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Przyszłam do pokoju Sit Salwy, która jest specyficzną osobą. Jest dyrygentką w filharmonii w Ramallah. Biegle mówi w dwóch językach, jej umysł jest chyba sprawniejszy niż mój. Sit po arabsku oznacza ‘madame’. I właśnie tak się do niej zwracaliśmy – Madame Salwa. Później sama do mnie wołała pieszczotliwie ‘Madame Paulina’ i zawsze się wtedy śmiała. W pokoju miała urządzony swój kącik: telewizor, lodówka, zdjęcia, płyty z muzyką klasyczną, których słuchała codziennie na cały regulator. Miała też swoje zachcianki, do których spełniania nie każdy miał cierpliwość. Dlatego tylko nieliczni godzili się na opiekowanie się nią. Osobiście bardzo lubiłam Sit Salwę, mimo jej humorków i wymagań. Może tez dlatego, że była moją częstą pacjentką. Kiedy spotkało mnie coś przykrego, czy coś mnie zezłościło, to zawsze jej o tym mówiłam, bo w sumie była taką neutralną osobą i zawsze jakoś fajnie to spuentowała. I kiedy tam weszłam, ku mojemu zdziwieniu Sit Salwa na mój widok wykrzyknęła: Paulina! Dzięki Bogu to Ty! Jesteś najlepsza!. Trochę oniemiałam, bo nie wiedziałam, czy ona żartuje, czy ktoś podał jej za dużo leków i to jest tego efekt. Podeszłam, zaśmiałam się i zapytałam co u niej słychać, jak się czuje. Odpowiedziała, że będzie jej mnie brakować jak wyjadę. Tym zdarzeniem rozkleiłam się już na samym początku dyżuru. Bo nie spodziewałam się, ze Sit Salwa może mnie polubić. Ok. 23:00 kiedy zmieniałam pampersy, zauważyłam, ze Julia – moja pacjentka, nie  śpi i ma oczy szeroko otwarte. Julia nie rusza się, nie mówi, nie je sama, tylko mruga oczami. Czasami tylko, kiedy ma dobry humor odpowiada ‘dzień dobry’. Podeszłam do niej i jak zwykle zapytałam ‘kif halik?’ – jak się masz? Nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi, aż tu nagle Julia zaczęła do mnie mówić. I to pełnymi zdaniami. Byłam w szoku i nie rozumiałam jej za bardzo, więc zawołałam Reem, pielęgniarkę –arabkę, która przetłumaczyła mi co Julia mówi. Okazało się,  że Julia chciała mi powiedzieć, że ona jest dla mnie jak matka, a ja dla niej jak córka i bardzo mnie kocha. Potem życzyła mi bezpiecznej drogi i błogosławieństwa Bożego, bo wiedziała, że niedługo wyjeżdżam. Może to nic takiego, ale ja uważam to za takie małe cuda. Wszyscy mamy w głowie taki obraz, jak  Matka tuli w swoich ramionach ciało swojego Syna pod Krzyżem. Właśnie dzięki tym wcześniej opowiedzianym sytuacjom ja sama poczułam się przytulona tak jakby na pożegnanie. Bo moja droga w Ziemi Świętej powoli się kończyła.

Będąc w Ziemi Świętej miałam świadomość, że chodzę po tych samych ścieżkach co Pan Jezus, dotykam tych samych skał i dotykam miejsc, w których on się narodził i umarł. No właśnie – miałam tego świadomość, ale jakoś tego specjalnie nie czułam. I tylko sobie myślałam: „Kurcze jestem tutaj, a jakoś nie mogę tego pojąć, nie mogę się wgłębić w to wszystko, chyba mnie to przerasta.” Modliłam się wtedy jednym zdaniem: Przyjdź do mnie Panie Jezu. Modliłam się i modliłam, i dalej nic. Nie pamiętam z kim wtedy rozmawiałam, ale ktoś powiedział mi, że nie dziwi się, że Bóg wybrał sobie te tereny, żeby tu żyć bo są takie piękne. Ja też się nie dziwię… i kiedy miałyśmy z Martą wolne pojechałyśmy do Wadi Rum na pustynię, żeby tam spędzić noc w Kampie beduińskim, pod gwiazdami w kompletnej ciszy. Pamiętam, że kiedy zasypiałyśmy, to wiał lekki wiatr, który czułam na twarzy i wtedy pojawiła się ta pierwsza myśl, pierwszy znak od Pana Jezusa, że przyszedł i jest ze mną. Bo czułam jakby ten wiatr to była Jego dłoń głaskająca mnie do snu. Zaczęłam wtedy tęsknić za moimi pacjentami, byłam ciekawa co u nich. I kiedy wróciłam to mnie olśniło, że przecież Pan Jezus był ze mną od początku w otaczających mnie ludziach, których tak bardzo pokochałam. To dla nich budziłam się każdego dnia, walczyłam z lenistwem i zmęczeniem…

/-/ Paulina Olechowska, WMS Kraków

[/tab_item] [tab_item title=”GALERIA”]

[/tab_item]

Sprawdź może...

[WYJAZDY] Autonomia Palestyńska (2014)

Placówka Beit Emmaus nie była moim pierwszym wyborem. Właściwie to mogę powiedzieć, że nawet nie była ‘moim’ wyborem. Pamiętam moment kiedy na jednym ze spotkań Paulina (która była tam w zeszłym roku) przygotowała drogę krzyżową ze zdjęciami z tego właśnie miejsca. Refleksje do każdej stacji oparte były o jej doświadczenie oraz historie tamtejszych pacjentek. Dość mocno poczułam wtedy w środku „nie, to nie jest miejsce dla Ciebie”.

[GALERIA] Autonomia Palestyńska (2014)

Galeria.