Strona główna / Wyjazdy / ALBANIA: JUBICE (2013)

ALBANIA: JUBICE (2013)

  • RELACJA
  • ŚWIADECTWO
  • GALERIA
  • FILM

Lista miejsc, do których mieli możliwość udać się z posługą wolontariusze WMS-u, była długa. Wśród nich nie mogło zabraknąć małej wioski na północy Albanii – Jubicy. W poprzednich latach niejeden wolontariusz pokochał to miejsce i zostawił tam część swojego serca. W tym roku przyszła kolej na następnych. Po całorocznych przygotowaniach do wyjazdu, na swoją małą misję udali się tam: Agnieszka, Ela, Gosia, Magda, Ola, Ula i Paweł.

Dla większości z nich posługa na misji trwała cały lipiec. Był to miesiąc wypełniony pracą, obowiązkami, ale także wieloma spotkaniami ze wspaniałymi ludźmi oraz wielką radością. O tym, w jaki sposób wolontariusze zaangażowali się w pracę na misji i czym dla nich był ten czas, opowiada Ela.

/-/ Małgorzata Mrozik, WMS Lublin

Przygotowując się do napisania relacji z pobytu w Jubicy, najpierw zagłębiłam się w lekturę wspomnień z zeszłorocznego wyjazdu w to miejsce, dostępnych w książce pt. „Skok na głęboką wodę“. Czytając je, poczułam ponownie dźwięki, zapachy, smak i emocje tego kraju, uśmiechy i uściski tamtejszych dzieci, gdyż opis ten wiernie je oddaje. Dziś dodaję kilka osobistych refleksji po tegorocznym pobycie w Albanii.

Jadąc na misję wiedziałam już od innych, czego mniej więcej się spodziewać. Jednak pierwszego dnia, podczas ustalania planu dnia i przygotowań do zabawy z dziećmi zdałam sobie sprawę jak bardzo wyobrażenia poszczególnych wolontariuszy dotyczące misji różnią się od siebie. Każdy z nas przyjechał tu z innymi umiejętnościami, z innego środowiska, z innym bagażem emocjonalnym. W tym wszystkim pomagała nam wiara, codzienna modlitwa i świadomość, że jesteśmy tam nie dla siebie, ale dla innych, aby swoją postawą świadczyć o Jezusie, a różnice poglądowe często przeradzały się w intensywne dyskusje dające wiele do myślenia.

Tworzyliśmy w Jubicy silną wspólnotę, gdzie obecność kapłana (ojca Artana Seli SDS) pogłębiała nasze więzy. Ułatwiał nam on kontakt z dziećmi, tamtejszą społecznością, ale przede wszystkim z Bogiem, poprzez codzienną Eucharystię i cichą służbę. W tej małej albańskiej wiosce proboszcz stanowi swoiste centrum życia, nie tylko religijnego. To do niego dzwonili wierni w razie problemów, przychodziła młodzież. Gdziekolwiek pojawiliśmy się z ks. Artanem, tam jak spod ziemi pojawiali się jego parafianie, chcący porozmawiać czy choćby się przywitać.

Przebywając w Albanii – kraju tak różnym od Polski – miałam okazję dowiedzieć się wiele o tamtejszej kulturze. Jest to kraj w dużej mierze muzułmański, gdzie kościoły katolickie stały kilkaset metrów od meczetów, bałkański klimat, masowa emigracja, duże rodziny… A jednak, mimo braku znajomości języka, tak łatwo było się porozumieć z mieszkańcami. Wystarczyło parę słów po albańsku, które pokazywały miejscowym, że jesteśmy otwarci na to, kim oni są zamiast starać się nauczyć ich jak robić rzeczy po naszemu. To właśnie ta otwartość zjednywała nam serca.

W naszej posłudze pamiętaliśmy o tym, że jesteśmy tam przede wszystkim dla drugiego człowieka. U dzieci, którym posługiwaliśmy, widzieliśmy wielką potrzebę miłości, na którą staraliśmy się odpowiadać. Ale bycie dla innych nie oznacza tylko dawania. Trzeba nauczyć się też przyjmować. Im więcej chcieliśmy się nauczyć od dzieci ich języka, zabaw, zwyczajów, tym bardziej i one chciały nauczyć się od nas, a wszystko, czego się nauczą zachowują w sercu na długo.

Na koniec chciałam się podzielić bardzo ważnym dla mnie doświadczeniem. W połowie naszego pobytu ksiądz Artan zaproponował, aby część z nas dojeżdżała do pobliskiego miasta – Shkoder, do domu Sióstr Misjonarek Miłości, gdzie pomagalibyśmy w opiece nad osobami niepełnosprawnymi. Mimo chęci obawialiśmy się nieco tego wyzwania. Widząc dzieci i kobiety niepełnosprawne umysłowo, często sparaliżowane, bałam się bardzo, że zranię, albo nie będę wiedziała co zrobić. Jednak już po pierwszej wizycie u sióstr przekonałam się, że byłam w błędzie. Te kobiety jedynie chciały, żeby ktoś koło nich posiedział, potrzymał je za rękę, uśmiechnął się do nich. I to właśnie tutaj namacalnie doświadczyłam Miłości Bożej. Zabrzmi to głupio, ale nigdy nie czułam się tak kochana jak w tym momencie. Jestem niezmiernie wdzięczna ks. Artanowi za tę inicjatywę, za jego otwartość na natchnienie Ducha Świętego, który posłał nas w to miejsce, nie tylko aby służyć innym, ale żeby ukazać nam ten ogrom Miłości Bożej, której mogłam doświadczyć.

/-/ Elżbieta Beszłej, WMS Kraków