Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] MEKSYK: CAMPECHE (2015) / relacja 1

[WYJAZDY] MEKSYK: CAMPECHE (2015) / relacja 1

  • RELACJA 
  • GALERIA 

Campeche. Pierwsze impresje.

Od czterech lat działam w Wolontariacie Misyjnym Salvator. Świadomie dojrzewałam do decyzji o wyjeździe na dłużej. A właściwie to nie. Decyzję o misjach podjęłam już w 2009 roku, nieświadoma niczego, zwłaszcza Meksyku. Szczegóły wolontariatu poznaję dopiero teraz. Zostałam posłana na placówkę salwatoriańską w Campeche, mieście położonym nad Zatoką Meksykańską. Już nie wyobrażam sobie, że mogłabym posługiwać w innym miejscu. Po kilku pierwszych dniach myślę, że to Campeche wybrało mnie, a nie na odwrót.

(Nie)ostatnie pożegnania

13 listopada, drwiąc z pogróżek o pechowym piątku, rozpoczęłam dwudziestoczterogodzinną podróż do Meksyku. Warszawa pożegnała mnie radośnie wsparciem wielu dobrych dusz. Kolejny raz, naiwna (i zbyt skoncentrowana na przygotowaniach, by cokolwiek podejrzewać), dałam się zaskoczyć przyjęciem niespodzianką. Do tej pory nie wiem, jak to skomentować, by wyrazić wdzięczność i szczęście, jakie daje mi przyjaźń. Pozostaje dziękować bez końca, że Bóg troszczy się o mnie poprzez obecność takich ludzi w kaczym żywocie.

Jako że Boże Narodzenie, Sylwestra, urodziny i wiele innych świąt spędzę za oceanem, celebrowaliśmy polski rok obrzędowy w trybie ekspresowym. Zapewne zdążylibyśmy uczcić też Wielki Post i Wielkanoc, ale wizyta służb (bez)mundurowych przerwała nasze huczne obchody. Materialne owoce tej niespodziewanej imprezy możecie podziwiać poniżej, sprezentowano mi bowiem aparat. Jak się okazuje, to mój wierny kompan. Oczywiście wtedy, gdy nie wstydzę się go używać.

Pożegnań było mnóstwo i trwały już od kilku miesięcy. W domu, rodzinnych Czemiernikach, z rodziną, przyjaciółmi, z parafią. Z Fundacją „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, ze znajomymi, znajomymi znajomych i nieznajomymi. W Warszawie, Lublinie, Wrocławiu, Ełku, Rzeszowie, Gdańsku, na ślubach i weselach. Na studiach, w pracy i na wakacjach, wszędzie
i ze wszystkimi. Niekiedy czułam, jakbym miała nigdy nie wrócić, bo tyle było tych ostatnich (przed Meksykiem) spotkań. Wreszcie pożegnanie z Wolontariatem Misyjnym Salvator. Ze wspólnotą 4 lata wysiadującą misyjne jajo, z którego to wyklułam się jako wolontariuszka misyjna, posłana na Jukatan, prawie 10 tysięcy kilometrów od polskiej strefy komfortu. Stawiam pierwsze kroki jako nieporadne pisklę i rosnę jak na drożdżach

Zagubiona w czasie i przestrzeni

Choć podróż trwała dobę, już nocą tego samego dnia dotarłam do San Francisco de Campeche. Dowiedziałam się o tragedii w Paryżu i kolejny raz poczułam Bożą opiekę, której zaznaję w obfitości. Usłyszałam pierwszą piosenkę Juana Gabriela, zjadłam pierwsze tortille, poznałam pierwszych Meksykanów. Zaczęło się nowe i szybko przestałam myśleć o ostatnich sprawach, które zdążyłam (lub nie zdążyłam) załatwić w Polsce.

Gdy w Campeche dzień był w rozkwicie, moje ciało uparcie domagało się snu. Okulary parowały na mokrym nosie, kichającym lubelskim jeszcze katarem. Wiem, że byłam (i zapewne nadal jestem) widoczna z dystansu 5 kilometrów nie tylko ze względu na kolor skóry i włosów czy inny strój, ale na każdy gest zdradzający, że jestem nowa. Że fascynuje mnie każdy zaułek i niczym skośnoocy mistrzowie robiłabym zdjęcia wszystkiemu co się rusza, i co pozostaje w spoczynku też. Tak, nadal czuję się jak Chinka (niezdarnie kamuflując obiektyw), czuję się jak Polka (gdy widzę 99 czarnych głów i mój płowy warkocz dopełniający setkę), czuję się jak Hiszpanka (gdy widzę uśmiechy na dźwięk kastylijskiego akcentu lub kolejny raz potwierdzam, że mieszkałam w Madrycie).

Nowy, meksykański dom

Czuję się już trochę jak Campechanka, bo przecież jestem dla tych ludzi, i oni są dla mnie. Dzielimy radości i troski, modlimy się za naszą Parafię św. Józefa Robotnika i przekazujemy sobie znak pokoju na codziennej Mszy. Uczę młodzież (a raczej uczę się z nią) angielskiego, angażuję się w grupy parafialne, uczestniczę w uroczystościach, świętach, spotkaniach, posiłkach, koncertach, wspólnych wyjściach. Uczę się wszystkiego od nowa, rozszyfrowuję kod kulturowy, usiłuję rozumieć i być rozumiana, nieustannie próbuję nowych rzeczy. Mieszkam u meksykańskiej rodziny, jem bez obaw egzotyczne potrawy i robię zakupy w tutejszych sklepach. Włączam wentylator, jem wszystko z chili, a papier toaletowy wrzucam do kosza na śmieci zamiast do klozetu (już o tym nie zapominam). Tymczasowo wyzbywam się madryckiego seplenienia i wymyślnego, ukochanego „s” Obserwuję, staram się zauważyć potrzeby na które warto odpowiedzieć, planuję mnóstwo aktywności i wprowadzam je powoli w codzienny rozkład zajęć.

Rozciągam macki na wschód, do Bolonchén, gdzie pomagam w formacji katechetów, inscenizacji Bożonarodzeniowej oraz zajęciach dla dzieci. Odwiedzam wioski misyjne i zadziwiam się prostotą spadkobierców Majów. Wchłaniam tę kulturę i ona wchłania mnie. Czuję się już jak w domu, bo ludzie dają mi dużo ciepła, zainteresowania i wsparcia. Pewnie nigdy nie ośmielę się powiedzieć, że czuję się choć w odrobinie Meksykanką, ale zamierzam ukraść cząstkę ich kolorowej pasji życia. Mam na to pół roku.

/-/ Magdalena Kaczor, WMS

 

Sprawdź może...

Pracowite lato w WMS

Wakacje to w Wolontariacie Misyjnym Salvator bardzo intensywne czas. 56 wolontariuszy WMS posługiwało tego lata …

Oświadczenie [9.02.2017]

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele i Znajomi, Sympatycy Wolontariatu Misyjnego Salvator, bardzo dziękujemy za troskę i …