Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] MEKSYK: CAMPECHE (2015) / relacja 3

[WYJAZDY] MEKSYK: CAMPECHE (2015) / relacja 3

  • RELACJA 
  • GALERIA

Zapraszam do mojego nowego świata

Długo nie pisałam. To znak, że jest mi tu zbyt dobrze i że wsiąkłam w Meksyk. A raczej to Meksyk wsiąknął mnie. Czasami chodzę odurzona innością i swojskością zarazem. Nie wierzę, że tu jestem. Czasami myślę, że mieszkam tu od zawsze. Czasami boję się otworzyć oczy, żeby nie prysł świat, w którym się zakochałam i który uczę się kochać w pełni. Czasami nie czuję się godna, by tu być. Ale zawsze czuję się szczęśliwa i za wszystko dziękuję Bogu.

Dzień dobry! Jestem Magdita i zapraszam Was do odwiedzenia mojego nowego świata. Można odmówić mi prawa nazywania go moim, ale ja czuję, że naprawdę nim jest. Paraliżuje mnie niemoc opisania moich doświadczeń. Nie potrafię zdradzić Wam smaku ręcznie przygotowanej tortilli, nie odtworzę dźwięków dobiegających z okien, nie ukurzę sandałów i nie poparzę chili. Ale przynajmniej postaram się zabrać Was na mentalną przejażdżkę po Jukatanie. To nic, że sporo obrazów ucieknie po drodze. Zachowajcie dla siebie choćby jeden. Dzisiaj odwiedzimy jedną z moich ulubionych ścieżek – zapraszam na spacer po Bolonchén.

No to jazda

Bolonchén to nieduża miejscowość oddalona o 120 km na północny wschód od San Francisco de Campeche. Spędzam tam dwa weekendy w miesiącu. Transportem publicznym jadę dwie-trzy godziny. Mój autobus w niczym nie przypomina tych, które oglądaliśmy kiedyś w relacjach pana Cejrowskiego. Wygodne siedzenia, (prawie) punktualne odjazdy, schludny meksykański PKS z kapliczką Matki Boskiej z Guadalupe. Gdyby ktoś chciał przewieźć kuraka lub inny drobny inwentarz, musiałby go chyba ubrać w kożuch. Klimatyzacja działa bez zarzutu, więc pasażerowie zakładają długi rękaw. Tylko ci nienormalni gringos (jak na przykład ja) podróżują niewzruszeni.

Lubię rozmawiać. Nawet bardzo. Może daję to po sobie poznać, bo każda moja podróż kończy się nową znajomością. Niektóre z nich mają szansę przetrwać. Epickie teksty zapisuję na twardym dysku i chętnie do nich wracam. Mam już za sobą dwustronną ewangelizację (jej końcowy wniosek: „jeśli to co robię nie służy Bogu i ludziom, to nie ma sensu tego robić”), propozycje matrymonialne (kontroler biletów zapytał mnie ostatnio: „A pani nie chce być moją dziewczyną”?), mennonickie studium przypadku (po drodze mijamy Hopelchén, gdzie żyją mennonici), rozważania filozoficzno-przyrodnicze („Czym jest dla Ciebie DRZEWO?”), niezliczone konwersacje typu small talk, każdorazową praktykę wychowania/rozbawiania/uspokajania dzieci. I wiele innych.

Dobra mina do tłustego mięsa i magia hamaka

Dojeżdżamy do Bolonchén i wkraczamy w inny świat. Na ulicy jem najpyszniejsze tamales, tortas, panuchos i salbutes, a w „moim domu” – niemożliwie tłuste mięso (dziękując stokrotnie i zapewniając, że mi smakuje). Odwiedzam skromne chatki, w których piję coca-colę (ten napój to nałóg narodowy), bawię się z dziećmi (próbując je czegoś nauczyć). Pozdrawiam tubylców na każdym kroku, nieudolnie ucząc się maya (sporo osób posługuje się tym językiem, mieszając go z hiszpańskim w różnych proporcjach). Współtworzę formację katechetów, robię z siebie jeszcze dzikszą dzikuskę niż jestem i ośmielam tych, którym jeszcze brakuje odwagi do dzielenia się Panem Bogiem. Jestem wszędzie tam, gdzie brakuje rąk do pracy.

Zaprzyjaźniam się z rodziną, która co dwa tygodnie przyjmuje mnie pod dach. To doña Ofelia, don Jaime i trójka dzieci: Yahaira, Mónica y David. Ostatnio zrobili mi najlepszy tort urodzinowy na świecie (a właściwie to flan) z wetkniętą w środek potężną świecą. A do tego prawie polską sałatkę warzywną (tyle że była pikantna i z kurczakiem). Co kilka dni pytają, czy może jednak przyjadę wcześniej, bo już się stęsknili i chcą, żebym im zatańczyła, zaśpiewała i zaszczekała na dobranoc.
I żebym znowu zrobiła lub opowiedziała jakieś europejskie dziwactwo. No żebym wreszcie przyjechała i ułożyła się wygodnie w hamaku (bo to sprawia wszystkim największą frajdę).

To jakiś fenomen. Zawsze, gdy śpię w hamaku, ogarnia mnie nieopisana radość. Zanim ekscytacja minie, kokoszę się co najmniej kwadrans. Meksykanie chętnie towarzyszą mi w tym czasie i zrywają boki ze śmiechu. Dla wyciszenia emocji muszę zaśpiewać im jakąś nastrojową piosenkę po polsku. Czasem żartuję sobie absurdalnie (bo w końcu tylko ja zrozumiem) i wymyślam tekst na poczekaniu. Śpiewałam już o Ciecierzynie, rabarbarze, pięćdziesięciu, wyjściu za mąż, chrześnicy, Kędzierzynie-Koźlu, Grzegorzu Brzęczyszczykiewiczu, ładnych gąskach, źdźbłach i szczypczykach. Dlaczego – wiadomo. Reasumując, na pewno wrócę do Polski z hamakiem.

FAQ Meksykanów, czyli o co mnie pytają.

Jak się nazywasz? Skąd jesteś? Gdzie leży Polska? Czy w Polsce mówi się po hiszpańsku? Czy Polska jest duża? Co to jest Polska? Bezpiecznie tam? Czy Polska jest dalej niż Chihuahua (stan w północnym Meksyku)? Masz chłopaka? Jest przystojny? Czemu masz takie oczy? Ile się jedzie do Polski i ile kosztuje autobus? Jesteś bogata? Ile masz lat? Jak się mówi „dzień dobry” po polsku?

A „kocham Cię”? Co tu robisz? Ile lat tu mieszkasz? Jakie znasz języki? Gdzie nauczyłaś się hiszpańskiego? Dlaczego masz taką białą skórę? A co na to Twoi rodzice? Tęsknisz za domem? Smakuje Ci tutejsze jedzenie? Podoba Ci się w Meksyku? Pobawisz się z nami? Zostaniesz tu na zawsze? I wisienka na torcie. Pytanie, które usłyszałam w Bolonchen w trakcie niedzielnej Mszy: „Magdalena, możesz nam pomóc? Będziesz matką chrzestną, dobrze”? Zgodziłam się oczywiście. Takim sposobem mam uroczego, ośmioletniego chrześniaka o imionach Jaime David.

Różnie

Jak Ci tam jest? Mocno tęsknisz? Jak znosisz rozstanie z rodziną, chłopakiem, przyjaciółmi? Bardzo jest trudno? Często pytacie. A w tych pytaniach sami udzielacie sobie odpowiedzi. To nic złego, chyba naturalnie filtrujemy interesujące nas treści przez pryzmat własnych doświadczeń.

A niewielu z Was ma za sobą misyjne doświadczenia. Dlatego na myśl o mojej misji przywołujecie w pamięci najdłuższą rozłąkę z bliskimi, pobyt za granicą lub zwyczajnie bycie daleko od domu. Dalszy ciąg skojarzeń – bolesna rozłąka i tęsknota, niełatwe próby, aklimatyzacja, niezrozumienie, problemy językowe, nauka wszystkiego od podstaw i poczucie bycia obcym. Żałujecie mnie, martwicie się, podziwiacie. To miłe z Waszej strony, ale niepotrzebne. Szczerze mówiąc nie ma powodów do zmartwień, jest mi tu lepiej niż niejednemu z Was. To Wam należy się uznanie i podziw za wytrwałą służbę Bogu w codziennych obowiązkach. Jedyne, o co proszę, to modlitwa.

Kochani, jest mi tu wspaniale. Pracowicie, owocnie, pasjonująco, ciężko i pięknie, niekiedy tęskno, ale zdecydowanie częściej – radośnie, Bożo i inspirująco. Obowiązki, wakacje, głupawka i płacz ze wzruszenia, zmęczenie i niewyczerpane pokłady energii, pewność i wątpliwości, zdrowie i choroba. Ciekawie i nudno, rutynowo i z polotem, gorąco i… bardzo ciepło. Różnie, czyli tak samo jak w Polsce.

Ludzie są mi coraz bliżsi. Dają dużo ciepła, zainteresowania, wsparcia i motywują mnie do działania. Każdego ranka budzę się z uśmiechem i entuzjazmem. Mam coraz więcej satysfakcji z tego, co tu robię. Zauważam rzeczy, które nadają głębszy sens mojemu byciu tutaj. Podejmuję nowe wyzwania, uczę angielskiego rankami i popołudniami. Towarzyszę, gdzie tylko mogę: odwiedzam w domach, gram w siatkówkę i piłkę nożną, gotuję, sprzątam, biegam, śpiewam, rozmawiam, żartuję, tańczę i wnoszę swoją kaczą cząstkę w różne dzieła. Jestem na nogach średnio 18 godzin na dobę. Nie mam żadnych wątpliwości, gdzie leży sekret. Prawie codziennie uczestniczę w Mszy Świętej. Modlę się i Wy modlicie się za mnie. Poza tym, że ponoszę pewne poświęcenie, jestem tu przede wszystkim dla Niego. I to sprawia, że jest mi tu tak cudnie.

 

Sprawdź może...

Pracowite lato w WMS

Wakacje to w Wolontariacie Misyjnym Salvator bardzo intensywne czas. 56 wolontariuszy WMS posługiwało tego lata …

Oświadczenie [9.02.2017]

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele i Znajomi, Sympatycy Wolontariatu Misyjnego Salvator, bardzo dziękujemy za troskę i …