Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] WĘGRY, SZŐD (2016)

[WYJAZDY] WĘGRY, SZŐD (2016)

  • RELACJA
  • GALERIA

Pierwszy raz w Sződ, druga węgierska placówka!

Misje na Węgrzech mogłyby się niektórym z nas wydawać dość abstrakcyjnym pomysłem. No bo jak to tak? Nie dość, że blisko, to jeszcze na pewno nie możemy powiedzieć, że to kraj trzeciego świata. Ale już na pierwszej kolacji ksiądz Jurek (proboszcz parafii w Sződ i nasz gospodarz) obalił ten stereotyp. Tak naprawdę na Węgrzech czy w krajach Europy Zachodniej misjonarze są bardziej potrzebni.

Dziwne? Patrząc na statystyki – na Węgrzech około 40% ludności to zdeklarowani katolicy, do kościoła chodzi 10%. Wśród młodzieży tylko 4%. Na nasze zajęcia przychodziły dzieci rodziców wierzących, ale też takie, które z kościołem nie miały zupełnie nic wspólnego. Pytano nas nawet o krzyże, które nosiliśmy na szyi.
Mieliśmy przyjemność być pierwszą grupą wolontariuszy WMS w nowej placówce w Sződ. Każdy dzień rozpoczynaliśmy jutrznią, a po południu braliśmy udział w Mszy Świętej. Wspólna modlitwa na pewno pomagała nam w niesieniu Boga innym. Zajęcia prowadziliśmy od 9 do 15, od poniedziałku do piątku. W pierwszym tygodniu dla grupy 37 młodszych dzieci (w wieku od 6 do 10 lat). W drugim tygodniu grupa była mniejsza (liczyła około 20 osób), ale za to starsza (11-15 lat i kilkoro młodszych z poprzedniego tygodnia). Ksiądz spodziewał się nie więcej niż 20 dzieciaków i na tyle też się nastawiliśmy. Gdy zobaczyliśmy, że brakuje miejsc przy stołach, poczuliśmy mieszankę zaskoczenia, szczęścia i nutki strachu, czy damy radę. I gdyby nie nasza wspaniała angielsko-węgierska tłumaczka Timea, byłoby nam ciężko. Mniejsze dzieci wcale nie znały angielskiego, a język migowy i nasz lekko rozpaczliwy węgierski nie zawsze wystarczał. Ksiądz nazwał obóz „Kézzel-lábbal”, (po polsku: „rękami i nogami”), co dość dobrze odpowiadało naszej sytuacji.
Do zajęć podeszliśmy jednak ambitnie. Pierwszego dnia zrobiliśmy wizytówki i uczyliśmy dzieci kolorów w mieszance angielsko-węgierskiej. Dokładając do tego różne zabawy, mogliśmy być naprawdę dumni, że pod koniec tygodnia wciąż pamiętały poprzednie lekcje. We wtorek rozpoczęliśmy podróż po świecie i na dobry początek wybraliśmy się do Afryki. Zaczęliśmy od makaronowej biżuterii, tańca przy gorących rytmach Waka Waka (This time for Africa). W części edukacyjnej Szczepan wcielił się w mumię. Rozbawieni uczestnicy poznali części ciała po angielsku. Kolejnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę na plac zabaw. W środę dołączyła też do nas siostra salwatorianka – Jyothi, pochodząca z Indii, a teraz mieszkająca na Węgrzech. To dzięki niej w czwartek wybraliśmy się do Indii. Siostra opowiedziała dzieciom o swoim ojczystym kraju, ubrała chętnych w sari i pisała nasze imiona w języku Telugu. Dodatkową atrakcją w tym dniu były zawody sportowe, zwane też poligonem. Bezcenna była radość dzieci przy wręczaniu medali. Natalia i Danusia przygotowywały je do wczesnych godzin rannych. Po obiedzie siostra opowiedziała o Matce Teresie z Kalkuty. Wspólnie pomalowaliśmy przygotowaną wcześniej sylwetkę świętej. Ostatniego dnia z pierwszą grupą przenieśliśmy się do Japonii, robiąc origami. W części edukacyjnej poznawaliśmy nazwy zwierząt – po angielsku dla dzieci i po węgiersku dla wolontariuszy. Każde z nas musiało zyskać aprobatę grupy, odpowiadając przy tablicy. Oczywiście nie brakowało zabaw, tańców, gry w piłkę, czy amse-kadamse.
W drugim tygodniu zaczęliśmy od małej pieszej pielgrzymki. Z okazji święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny odprawiona była Msza w leśnej kapliczce przy Szlaku Maryjnym. Po powrocie okazało się, że mamy sporo nowych dzieci. Zaczęliśmy zatem od integracji. Nauka imion poszła nam już znacznie sprawniej niż na początku. Wszystko to za sprawą intensywnej nauki z dziećmi. Czasu wystarczyło też na naukę belgijki i angielskiego słownictwa związanego z rodziną. Przy okazji okazało się, że „anya” to po węgiersku mama. A Ania się zastanawiała, dlaczego dzieci nie mówią jej po imieniu! Wtorek był dniem podróży do Australii. Zorganizowaliśmy kalambury i pokaz różnych doświadczeń z wodą. Na zakończenie czekała nas bitwa wodna. Balony z wodą, butelki, pistolety, wiadro, wąż ogrodowy. Wszystkie chwyty dozwolone. Nie do końca się spodziewaliśmy, że w środę również niebo zrobi nam swoją wersję wodnej bitwy. Miała być wycieczka – a tu deszcz. Żeby nie wychodzić na zewnątrz, zaczęliśmy dzień od obejrzenia filmu animowanego, a później przeszliśmy do kursu pierwszej pomocy dla dzieci. Był nawet fantom do ćwiczeń! Na szczęście wycieczka do Budapesztu odbyła się w czwartek. Na uczestników czekał laserowy paintball. Rozegrane bitwy wyraźnie udowodniły, jak zdolna jest kobieca część naszej grupy. Ostatni dzień, piątek, minął pod znakiem świętego Stefana. Wspomnienie patrona Węgier obchodzone jest właśnie 20 sierpnia. Rano zrobiliśmy gniotki z balonów i mąki – bo w codziennym dążeniu do świętości trzeba się czasem odstresować. Później dwie drużyny uzbrojone w dzidy bojowe ruszyły na wyprawę po Sződ w poszukiwaniu insygniów królewskich. Po powrocie na plebanię i przekazaniu zdobytych skarbów królowi Stefanowi (Szczepan), każdy dostał swoją własną pamiątkową koronę. Najbardziej wzruszające momenty czekały nas dopiero wieczorem na Mszy kończącej obóz. Potem było jeszcze pożegnalne ognisko, tańce i zabawy. Pojawił się i czardasz, i polonez, i pieczenie słoniny, i prezenty, i śmiech, i łzy.
Pomiędzy zajęciami dla dzieci i wieloma godzinami planowania, udało się wygospodarować też czas na odpoczynek. Dzięki uprzejmości Księdza wybraliśmy się na wycieczki – do Vác, Tihany, Márianosztra, Budapesztu i nad Balaton. Chłodna woda nie zraziła nas do kąpieli. Odwiedziliśmy też wolontariuszy WMS w Galgahévíz. Ich rewizyta w Sződ połączona była z grillem z okazji urodzin księdza Jerzego. Innego wieczoru mieliśmy nawet przyjemność iść na kolację do jednego z parafian, gdzie przymierzaliśmy stroje regionalne z Sződ. Na zakończenie posługi nasz wspaniały ksiądz zabrał nas do Budapesztu. Oglądaliśmy fajerwerki prezentowane co roku z okazji święta narodowego. Widok sztucznych ogni nad Dunajem na długo zostanie w naszej pamięci.
Na Węgrzech byliśmy dwa tygodnie – od 7 do 21 sierpnia. Poznaliśmy niesamowicie ciepłych i otwartych ludzi. Panie z Caritasu, które dbały o nas jak nasze babcie. Codziennie gotowały nam obiady i narzekały, że za mało jemy (mimo tego, że już ledwo się mieściliśmy w ubrania). Dzieci były grzeczniejsze niż się spodziewaliśmy i naprawdę kochane, nieustannie próbujące uczyć nas węgierskiego. Ksiądz Jurek zadbał, byśmy poznali jak najwięcej historii, kultury, języka węgierskiego. Nawet nauczyliśmy się części stałych Mszy Świętej! Każde z nas realizowało się w różnych dziedzinach. Ania, jako Wódz, dbała o planowanie i część edukacyjną, ale realizowała się też w tańcu. Natalia i Danusia stanowiły sekcję artystyczno-plastyczną, tworzącą dzidy bojowe, medale, korony i inne materiały. Robiły to często do późnych godzin nocno-rannych. Szczepan jako sekcja sportowa podjął wyzwanie organizacji poligonu, podchodów i noszenia dzieci (oraz wolontariuszek) na rękach. Tyle treningu w dwa tygodnie! Wszyscy dbaliśmy o siebie nawzajem. Spędziliśmy ten czas w naprawdę rodzinnej atmosferze, z pewną dozą szaleństwa. Lepiej być by nie mogło. Dicsértessék a Jézus Krisztus!

Danusia Materzok

Sprawdź może...

[SPOTKANIE REGIONALNE] Wrocław – październik 2017

W miniony weekend odbyło się pierwsze spotkanie wolontariuszy WMS regionu wrocławskiego w roku akademickim 2017/2018. …

[NOC NIKODEMOWA] Trzebinia – wrzesień 2017