Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] Rumunia, Timișoara (2014)

[WYJAZDY] Rumunia, Timișoara (2014)

  • ŚWIADECTWO 
  • ŚWIADECTWO 2 
  • GALERIA 
  • PREZENTACJA 

„Cóż takiego skłania wolontariusza do poświęcenia swego życia dla innych? Przede wszystkim naturalny odruch serca, który przynagla każdego człowieka do pomocy drugiemu – swemu bliźniemu. Jest to bez mała <<prawo istnienia>>. Wolontariusz, gdy bezinteresownie może dać innym coś z siebie, doświadcza radości, która przewyższa to, czego dokonał”.

Pozwoliłam sobie zacytować powyższe słowa pochodzące z listu Jana Pawła II skierowanego właśnie do wolontariuszy (5 grudnia 2001), gdyż idealnie wpasowują się w to, czego doświadczyliśmy podczas naszych dwutygodniowych misji w Rumunii, a dokładnie w klasztorze Salwatorianów w Timișoara. Ale może zacznę od początku…

Jak wyglądał nasz dzień w tym pięknym kraju?

Otóż codziennie czekała nas pobudka w okolicach godziny 6.30, by móc nabrać duchowej siły do pracy podczas mszy świętej połączonej z jutrznią o 7.00 w przyklasztornym kościele. W zależności od dnia mszę odprawiano w jednym z trzech języków: rumuńskim, węgierskim lub niemieckim, co w pewien sposób tworzyło taki misyjny klimat. Następnie udawaliśmy się na śniadanie, spożywane zwykle z pozostałymi mieszkańcami klasztoru. Kolejne części dnia różniły się już w zależności od tygodnia. W pierwszym, od ok. godziny 9.00 zwykle pomagaliśmy w różnorakich pracach porządkowo – remontowych, czasem na miejscu w klasztorze (np. tarcie kaloryferów, czy sprzątanie pomieszczeń przed remontem generalnym), a czasem w miejscowym hospicjum prowadzonym przez siostry Franciszkanki (np. prace ogrodnicze, mycie okien). Później szybki obiad i wyjazd do Bacovej, pobliskiej wioski, gdzie pomagaliśmy przy pracy z dziećmi w placówce wsparcia dziennego, będącej projektem Caritasu. Myślę, że dla każdego z nas: i wolontariuszy i dzieci, a także ich wychowawców był to wyjątkowy czas wzajemnego poznawania się, nieraz niełatwego przełamywania bariery językowej i kulturowej, ale także niesamowitej radości i dobrej zabawy.

Tutaj przekonałam się, że naprawdę nie trzeba wiele, by móc się porozumieć. Czasem wystarczy uśmiech, czy przyjazny gest, by zaskarbić sympatię najmłodszych. Choć my podeszliśmy do sprawy językowej bardzo ambitnie, już przed wyjazdem łączyliśmy się przez skype’a, żeby razem szlifować rumuński, a również na miejscu wykorzystywaliśmy każdą sposobność, by poszerzać repertuar naszego słownictwa. Kolory i liczenie do 10 każdy z wolontariuszy miał opanowane do perfekcji. J Z kolei w drugim tygodniu naszego pobytu w Rumunii nieśliśmy pomoc w organizacji czasu wolnego około czterdziestu dzieciom z parafii, już w Timisoarze.

Codziennie w godzinach od 10 – 16 musieliśmy stawiać czoła nie lada wyzwaniu, jakim było opanowanie tej tak zróżnicowanej gromadki (najmłodsze dzieci miały 4 lata(!), najstarsze zaś 16; jedną z naszych podopiecznych była również dziewczynka z autyzmem), ale zarazem cudownej. Każdy z nich był inny, wyjątkowy, w różny sposób utalentowany, o od każdego można było nauczyć się czegoś nowego i pięknego. Ale łączyło je kilka rzeczy, których dorośli wciąż powinni się od nich uczyć, a mianowicie spontaniczna radość i szczerość uśmiechu, którym ich twarze po prostu promieniowały. Patrząc na nie, słowa Ewangelii mówiące, iż dopiero stając się jak dzieci wejdziemy do Królestwa Niebieskiego, nabierają bardzo wyrazistego znaczenia. I w końcu po całym dniu wytężonej pracy nadchodziły wieczory, czas wypoczynku, wspólnego spędzania czasu na spacerach i zwiedzaniu Timisoary, różnego rodzaju grach, integracji z tamtejszą młodzieżą salwatoriańską (szczególnie podczas wspólnego oglądania Mundialu J). Nie mogło również zabraknąć codziennego dziesiątka o dziesiątej (choć nierzadko i po…), w którym powierzaliśmy Bożej opiece wszystkich misjonarzy oraz wolontariuszy, a także modlitwy brewiarzowej i spontanicznej, poprzez grę na gitarze, śpiew, taniec.

Dzięki temu, że do naszej ekipy z Polski, dołączyła na miejscu wolontariuszka z Węgier nasza modlitwa miała również charakter międzynarodowy. Zwykle modliliśmy się w trzech językach: po polsku, węgiersku i angielsku, choć przewijały się i inne… Nie  może też zabraknąć wzmianki o weekendzie, czyli czasie relaksu po ciężkiej, całotygodniowej pracy, który spędziliśmy na wycieczkach. W sobotę do Bazyliki Marii Radnej, będącej taką rumuńską Częstochową, gdzie mieliśmy okazję uczestniczyć we mszy świętej, a następnie do Devy, gdzie wjechaliśmy kolejką na górę, na której usytuowane były ruiny zamku, i z której roztaczał się piękny widok na okolicę.  W niedzielę zaś zjechaliśmy sporą część Timosoary na rowerach.

Wracając do słów Jana Pawła II zacytowanych na początku tego świadectwa, mogę szczerze wyznać, że podczas tego niedługiego, ale naprawdę intensywnego i pięknego czasu naszej posługi wolontariackiej doświadczyliśmy właśnie takiej radości, która zdecydowanie przewyższała wszelkie nasze dokonania. Czym zaowocował ów pobyt w Rumunii? Myślę, że wieloma rzeczami. Przede wszystkim był to czas odnajdywania Boga w najmniejszych sprawach, codziennych czynnościach, a zwłaszcza w drugim człowieku.

Mieliśmy także możliwość doszlifowania zarówno języka rumuńskiego, jaki i angielskiego, tutaj zwłaszcza dzięki naszej koleżance z Węgier (to także było dla nas spore wyzwanie, ale i jaka satysfakcja, gdy okazało się, że nie ma żadnego problemu, by się porozumieć J), poznania nowych miejsc, kultury, ludzi, którzy zewsząd otaczali nas swą życzliwością (trafiliśmy nawet na kilku Polaków!). Innymi słowy był to czas pracy i zabawy, modlitwy i przygody. Czas bezinteresownego dawania siebie innym. Czas świadczenia o naszej wierze. Czas, którego owoce, myślę, że już na zawsze pozostaną obecne w życiu każdego z nas. Czas, do którego przeżycia zachęcam każdego z Was!

/-/ Natalia Kucz, WMS Kraków

 

Trzebinia. 5 lipca 2014 roku. 7:00 rano. Msza Święta. Śniadanie. Wyjazd… Tak w skrócie można opisać pierwszą sobotę lipca, kiedy to grupą siedmiu wolontariuszy, razem z dwójką kierowców oraz Księdzem Pawłem, wyruszyliśmy na dwutygodniową misję do Timișoary w Rumunii. Około 12- godzinna podróż busem po ziemiach polskich, słowackich, węgierskich i rumuńskich zakończyła się bezpiecznym przyjazdem do klasztoru, gdzie powitał nas salwatorianin – Piști. Nasz dwutygodniowy plan zajęć przedstawiał się następująco: od poniedziałku do piątku zajęcia z dziećmi, a w weekendy czas wolny.

Pierwszy tydzień naszej posługi rozpoczęliśmy we wsi Bacova, oddalonej ok. 30 km od Timișoary. Naszym zadaniem była organizacja czasu wolnego dzieciom, w domu opieki dziennej sponsorowanej przez Caritas. Dzieci, podobnie jak i pracownicy placówki, przyjęli nas z wielką życzliwością i otwartością. My byliśmy do ich dyspozycji, a oni do naszej. Ze względu na ich elastyczność oraz chęć współpracy, nie ograniczaliśmy się jedynie do kilku zabaw, przedmiotów czy przestrzeni. Korzystaliśmy z własnych materiałów, ale również tych, znajdujących się w salkach. Szafy, regały, ściany, podłogi, stoły. Ogółem wszystko było przeznaczone do naszego użytku – ku chwale i zadowoleniu dzieci. Pociechy na każdym kroku okazywały nam wdzięczność i cierpliwość za poświęcony im czas i mozolne próby porozumiewania się z nimi po rumuńsku. Ale mimo wszystko staraliśmy się! I z dumą stwierdzam: podstawowe zwroty oraz słówka pojęliśmy bez zastrzeżeń. A uśmiech na twarzy dzieci, gdy słyszały jak używamy ich języka… niezapomniany. A śmiech, gdy używaliśmy złych zwrotów… bezcenny i pełen ciepłego politowania. Jednak nikt się tym nie przejmował, a już na pewno nie dzieci, które cierpliwie podawały nam poprawne zdania i z nadzieją w oczach mówiły do nas po rumuńsku. A ta nadzieja była tak przeogromna, że nie mogliśmy jej zawieść. Dlatego zapał do nauki języka nie gasł, a wręcz przeciwnie – wzrastał z każdym dniem.

Czas płynął bardzo szybko. Każdy dzień w Bacovej był inny. Gdy nam kończyły się pomysły na zabawę, dzieci uczyły nas swoich gier. Chciały dać nam coś od siebie, chciały pokazać nam, że mimo iż jesteśmy z innego kraju – pasujemy do nich, a one pasują do nas, że wszyscy możemy się nawzajem od siebie uczyć i wymagać. I to było piękne. Całkowita bezinteresowność i wyczekiwanie. I pytania dzieci ostatniego dnia naszej zabawy z nimi: czy przyjedziemy za rok… i ich uściski na pożegnanie, i dziękowanie za wszystko.

Podobnie mijał czas w Timișoarze, w drugim tygodniu naszej posługi. Tym razem, spędzaliśmy czas w mieście, z dziećmi w wieku od 4 do 15 lat. Tak duża rozpiętość, stanowiła dla nas nie lada wyzwanie. Musieliśmy podzielić się na „grupy zadaniowe”, ze szczególnie opracowanymi planami działania. Z każdym jednak dniem, coraz bardziej integrowaliśmy się z dziećmi, a one z nami. Przydział obowiązków nie był konieczny. Każdy wiedział co ma robić, kiedy, gdzie i z kim. Teren klasztoru (do którego przychodziły dzieci, a który my mieliśmy zaszczyt nazywać swoim dwutygodniowym domem), znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie szkoły, a dzięki zabiegom Piștiego, mogliśmy korzystać z boiska szkolnego oraz placu zabaw.  Co mogę powiedzieć o dzieciach? Cudowne! Tak samo jak w Bacovej. Otwarte, cierpliwe, głodne nowych doświadczeń oraz żądne zapewnienia o tym, że je dostrzegamy i doceniamy. My byliśmy dla wszystkich, ale niektóre dzieci wyjątkowo potrzebowały naszej obecności i uznania. Czasami nawet, chciały nas mieć tylko dla siebie. Było to miłe, owszem, ale i niebezpieczne. Niekiedy zdarzały się bowiem spory między nimi o to, kto z nas jest z kim w grupie, drużynie, kto z kim gra w piłkę czy badmintona. Nie mogliśmy do tego dopuszczać. Codziennie, około godziny 13:00, razem z dziećmi gromadziliśmy się na stołówce, by pomodlić się i zjeść obiad. Zaraz po nim, wracaliśmy do zabawy. Dzięki udostępnionej nam salce, mogliśmy prowadzić zabawy przy muzyce. Kaczuszki, walce, riggi diggi oraz gry wymagające podkładu muzycznego, stały się naszą niepisaną tradycją. Mimo, iż mieliśmy pewne pomysły na zabawy, zwykle ulegały one modyfikacji w ciągu dnia. Dzieci bowiem same prosiły nas o pewne gry, niejako „zamawiały je” z wyprzedzeniem. Największą popularnością cieszył się „osiołek”, „rekin” oraz „pif-paf”. Uśmiechy dzieci, ich zapał i niegasnąca energia dawały nam siłę do działania. Ogółem cała atmosfera Balcescu (tak mieszkańcy mówili na teren klasztoru) była tak przyjazna i tak pobudzająca, że nawet gdy czas zabawy z dziećmi dobiegał końca, my mieliśmy jeszcze energie na wypady do miasta, zwiedzanie Timișoary na rowerach, czy wieczorne integracje z przyjaciółmi Piștiego przy oglądaniu Mundialu i filmów.

18 lipca przyszedł jednak czas, żeby pożegnać się z dziećmi. Chcieliśmy im podziękować za ten wspaniały czas przez przygotowanie prezentacji z ich zdjęciami, rozdanie drobnych upominków oraz słodyczy. Nie robiliśmy tego z poczucia obowiązku, było to coś całkowicie naturalnego. Chcieliśmy im sprawić radość po raz ostatni, pokazać te 5 dni naszymi oczyma, wyrazić naszą wdzięczność. To co stało się potem było niesamowite. Grupka dzieci, gdy już czas wspólnej zabawy dobiegł końca i trzeba było rozejść się do domów, zabarykadowała się w salce i nie chciała żadnego z nas do niej wpuścić. Wystawili nawet wartownika przed drzwi, który gdy tylko się do nich zbliżyło, zasłaniał je całym swoim ciałem mówiąc „To tajemnica, jeszcze nie wolno!” Gdy w końcu pozwolono nam wejść do środka, zobaczyliśmy zawieszony pod sufitem napis „We will miss you”, a dzieci każdemu z nas wręczyły kartkę ze swoimi podpisami. Coś cudownego! Dzieci współpracowały ze sobą, całkowicie spontanicznie i zgodnie, tylko po to, aby nam sprawić przyjemność i również nam podziękować. Nie chcieli tylko brać. Chcieli dać nam też coś od siebie.  Nie mogliśmy liczyć na piękniejszy prezent.

Na koniec moja osobista refleksja: nie mam pojęcia, czy te dzieci i osoby, które dane mi było tam poznać, zdawały sobie sprawę z tego, ile dla mnie znaczyły i znaczą nadal. Nigdy im tego nie powiedziałam, nie wiedziałam jak, nie wiedziałam czy wypada. A jednak to dzięki nim, dzięki temu, że jest do kogo wracać, moje myśli codziennie wędrują w stronę Timișoary. Te misje trwają nadal. Mimo, że już nie ma wakacji, że te 2 tygodnie minęły… Nic tak naprawdę się nie zmieniło. Nie dla mnie. Nie można przecież do przeszłości zaliczyć czegoś, co wywarło na tobie tak kolosalne wrażenie, co było dla ciebie czymś tak niesamowicie ważnym. A te dzieci i ta atmosfera, właśnie takie były. Nie do zastąpienia. Nie do zapomnienia.

 /-/ Karolina Kuśnierz, WMS Kraków

 


Sprawdź może...

[ŚWIADECTWO] Zambia cz.2 – Mariola Kaźmierska

Uroczy kościółek w buszu pod gwieździstym niebem…pełne radości śpiewy i tańce „Stella Girls”. Tańczący przed …

[ŚWIADECTWO] Pocztówki Pana Boga/Wielkopostne przemyślenia o Rumunii!

Jest taka cisza w człowieku, na której dźwięk milknie wszystko dookoła. Niepojęta. Irracjonalna. I takie …