Strona główna / Inne / [ŚWIADECTWO] Pocztówki Pana Boga/Wielkopostne przemyślenia o Rumunii!

[ŚWIADECTWO] Pocztówki Pana Boga/Wielkopostne przemyślenia o Rumunii!

  • ŚWIADECTWO
  • GALERIA

Jest taka cisza w człowieku, na której dźwięk milknie wszystko dookoła. Niepojęta. Irracjonalna. I takie ułamki sekund, kiedy wydaje mu się, że przez dziurkę od klucza zagląda do Raju. Rumuńskiego, dziecięcego, misyjnego Raju. A może w oczy Boga… A może we własne serce… A może i tu, i tu, i tu jednocześnie? Lecz… Znaczyłoby to tyle mniej-więcej, że człowiek nosi w sobie pamięć o czymś, co zdarzyło się tak niedawno, a wciąż wydaje się, że to coś miało miejsce wieki temu. Tęsknotę za pewnym miejscem, w którym dane było mu tylko przez chwilę pobyć. Tylko chwilkę, bo potem pędzony poczuciem dalszej misji, pobiegł gdzieś indziej. Ale gdzie, sam tego jeszcze nie wie. Czeka na impuls, sygnał, który podpowie: to TAM! Tam dalej musisz gnać. Tam pomożesz. Tam znów zostawisz swoje serce. Bo ja naprawdę zostawiłam serce w Rumunii! W tym lekko dzikim kraju, który ma w sobie tyle do odkrycia! Który dał mi siebie tylko w malutkiej, dziecięcej cząstce. Mam poczucie, że czegoś nie dokończyłam, ale że to COŚ jeszcze się upomni. Kiedy? Naprawdę nie wiem. Ale wiem, że się upomni w najwłaściwszym dla siebie czasie i najpewniej, jak to zwykle bywa, w najmniej ludzko, dla mnie odpowiednim. Ale Bosko – zawsze!

 

Po niebie gna już Wielki Post, pędzony przez wiatr i wiosnę. I nagle Pan Bóg wyciąga z szuflady pocztówki z lata i wspólne zdjęcia, jakby chciał pokazać – o tu, tu, patrz, tu byliśmy razem, zobacz, pamiętasz? Kiedy upał wespół z wiatrem się przeplatały, a ty brałaś głęboki oddech i chłonęłaś oczami rumuńskie, różowe zachody słońca wpadające w granatowe i ciężkie niebo, bawiłaś się z dziećmi, starałaś się dawać z siebie dwieście procent, walczyłaś ze znienawidzonym upałem, a pragnęłaś tak bardzo ukochanego wiatru. Byłem wtedy, pewna bądź. Cokolwiek i jakkolwiek. Pamiętam ciebie lepiej, niż ty siebie sama. Pamiętam twój strach czy dasz radę, twoje rozterki związane z tym, jak zareagują najbliżsi, bo przecież wciąż czułaś, że tak mało im siebie dajesz, a w głowie wciąż krążyła Ci myśl o Rumunii. Jak im to powiedzieć? Czy zrozumieją? Oh, no na pewno nie zrozumieją! Pamiętam ciebie moja Córko! I popatrz, choć już dawno temu wróciłaś z rumuńskich stepów, popatrz, że wciąż masz to samo serce i oczy, połączone Wielką Tęsknotą, która kiedyś się przecież spełni, tylko nie przestań wierzyć. Ja Jestem. Pomiędzy tymi pustkami i w nich, i ponad nimi. I tam na dnie, gdzie nie ma już niczego, gdzie jesteś jak wrzucona do głębokiej studni bez możliwości wyjścia. Do studni wyschłej, w której umierasz z pragnienia. Gdzie możesz już tylko patrzeć w górę, a i na to nie starcza ci sił, ani wiary. Ja Jestem. Czujesz to?

Zawsze myślałam, że ze wspomnieniami jest tak, że wraz z biegiem czasu po prostu blakną. Zostaje tylko malutka poświata, która skrzy się, ale której dokładnie dostrzec nie można. Ot, normalna kolej rzeczy, prawda? Oj, jak myliłam się! Nie ma dnia, żebym nie powracała do naszej małej, dwutygodniowej, rumuńskiej misji. Nie sądziłam, że będzie tak żywa w mym sercu. Sercu, które na co dzień jest pochłonięte tysiącem, nie zawsze tak ważnych, jak myślę, spraw. Które zabiega o błahe rzeczy, martwi się wszystkim i wszystkimi, sercu, które chciałoby dawać więcej i więcej, a czuje, że czasem już nie potrafi. Te wspomnienia są jak drogocenny, zielony kamień. A pamięć o nich wciąż lśni i przypomina się w najbardziej ponure dni. Nie wyobrażałam sobie, że będzie potrafiła mi pomóc w najcięższych chwilach. Że będzie mi retrospekcją początku lata. Lata, które wywróciło moje życie do góry nogami. Ale już wcześniej przyszedł Znak. Przyniósł go pewien wrzesień, który przywlókł wraz z panią jesienią, do Warszawy, na pierwszy rzut oka nic nie znaczącą ulotkę, a jednak tak bardzo odmieniającą moje życie. Ulotkę, która jak wszystkie inne powinna zostać wyrzucona. A nie została… Ot, zwyczajna zagwozdka losu!

Czasem nie ma się wielkich słów, które mogłyby wyrazić Wdzięczność. Ale ja dzisiaj w naprawdę prosty sposób dziękuję Ci. I właśnie teraz, w tych chwilach wdzięczności uśmiecham się pod nosem… Zawsze uśmiecham się półgębkiem, gdy nie mam wpływu. Uśmiecham, bo znów łapię się na tym, że nic w tym wszystkim nie jest, nie było i nie będzie moją zasługą. Dziękuję Ci. Za Ciebie, za siebie, za życie, za człowieka tak bardzo prawdziwego i konkretnego, którego mi stawiasz na drodze, za jakieś dobro, którego się nie spodziewałam. Za szeroki i szczery, wiesz, ten dziecięcy uśmiech. Za czerwiec i lipiec, które były przełomem Cudów i za wszystkie rumuńskie letnie, gwiaździste noce, które trwały niespełna cztery godziny, a może jeszcze mniej. Za tęsknienie, które boli, za tęsknienie, które ocala. Za to, że jeszcze się budzę. Że się budzę i marzę. Że pamiętam. Za to, czego teraz nie widzę, a co się właśnie staje. Za każdy raz, kiedy próbuję. Nawet dziś. Za wszystkie powstawania, za każde Podniesienie. Za wiarę patchworkową i że mnie całkiem nie opuściła. Za nadzieję, którą mam i tę, którą Ty musiałeś wziąć na przechowanie. Za wolność, której pragnę. Za miłość, której się boję, że nie ma, a ona wciąż przychodzi, a ja jej po prostu znowu nie zauważyłam. Za prawdę, która mimo wszystko jest. Za trwałość i pewność, którą ja nie jestem. Za marność, która Ci nie przeszkadza w tym, by ją przyjąć. Za ludzi tak nieestetycznych, ale tak pięknych. Za marzenia, które wyciągasz z popiołu. Za to, że nie jest Ci obojętne, gdy mnie już wszystko jedno. Za to, że chociaż wątpię, to Jesteś, choć gubię czujność – trwasz. Dziś tak po prostu Ci dziękuję za ten piękny, choć bardzo bolesny Helenkowy Koniec, który jest przecież dla nas wszystkich Początkiem. I dziękuję za ciągłe odkurzanie mych wspomnień… I za to piękne wejście w Wielki Post. Najpiękniejsze!

 

Powietrze zyskało na przejrzystości i miasto przypomina rześkiego człowieka, który wstał z łóżka, przeciągnął się i umył twarz. I znów milej się żyje! Wiosna jeszcze przyczaja się za rogiem, jak małe dziecko, które zaraz zza niego wyskoczy z rozmachem i radością, ale wiemy, że już tam jest. I  pomimo tej wiedzy, jak na porządnych dorosłych przystało, będziemy udawać zaskoczenie, a potem rozłożymy ramiona, by w nie wpadła. Upragniona i rozpędzona, jak zawsze. Coraz przyjemniej pokonuje się odległości piechotą i wyławia przy tej okazji ptasie szczebioty, odważniejsze z dnia na dzień. Zieleń jest jeszcze szara i brudna, ale ziemia rozgrzewa się powoli, by wydać na świat kolejną partię kwiatów, łodyg, źdźbeł i ździebełek. I tak człowiek mija turystów, i księdza, znajomych i pustą wnękę po wróżce, której już nie ma, żebraków, kalekich, rodziców i dzieci. Pomiędzy telefonami i rozmowami o niczym i tym, co ważniejsze, huśtają się zawieszone jak nitki pajęczyny, kruche pytania o sens. O to odwieczne po co ? Że żyję – już, teraz i jeszcze. I jak to tak? Dlaczego? Gdzie cel, gdzie przyczyna? I jak uczynić z życia fontannę, a nie pisuar… Powietrze brzmi inaczej, wietrzniej i pełniej i sprawia wrażenie orzeźwiającego bezmiaru, w którym wszystkie twoje pytania brzęczą, jak drewienka i dzwonki  powywieszane na gankach domów. I słyszy się własne kroki – niezbite dowody, że jeszcze tu jestem, czyli Boskiego miłosierdzia prawdopodobnie. 

 

Za rogiem, oprócz wiosny, coś jeszcze – czterdzieści dni, które zawsze szybko mijają, a my, jak na dorosłych przystało, nie mamy na nie czasu i zamierzamy kiedyś jeszcze zdążyć. I udajemy zaskoczenie, że znowu Święta. A może trzeba wyskoczyć zza rogu, jak małe dziecko – z rozmachem i radością i wpaść w ramiona Tego, który WIE, że tam jesteśmy… 🙂

 

Marta Kobylska
Wolontariuszka WMS