Strona główna / Wyjazdy / [ŚWIADECTWO] Zambia cz.2 – Mariola Kaźmierska

[ŚWIADECTWO] Zambia cz.2 – Mariola Kaźmierska

  • ŚWIADECTWO
  • GALERIA

Uroczy kościółek w buszu pod gwieździstym niebem…pełne radości śpiewy i tańce „Stella Girls”. Tańczący przed ołtarzem ministranci i ponad czterogodzinna Msza Święta. Tak wyglądała w tym roku moja Pascha!

Pierwszy raz w życiu miałam okazję spędzić Święta Wielkanocne poza granicami Polski… bez rodziny, przyjaciół i polskich tradycji. Ktoś mógłby pomyśleć, że to przykre i Święta zawsze powinno się spędzać z najbliższymi… Mimo iż po części zgadzam się z powyższym stwierdzeniem, to zdecydowanie nie było mi przykro! Bóg dał mi szansę doświadczyć czegoś niesamowitego w bardzo szczególnym miejscu:  w Zambii, w Afryce! J

Święta Wielkanocy to bardzo ważny moment dla chrześcijan. To właśnie w tym czasie dokonuje się coś, co nadaje sens naszej wierze… a mianowicie Zmartwychwstanie Jezusa. Przyznam szczerze, że dla mnie przez wiele lat było to jedno z dwóch świąt w ciągu roku, które dosłownie przesiadywało się przy (uginającym się pod pysznym jedzeniem) stole. Bardzo długo nie rozumiałam, o co chodzi w Wielkanocy i co my właściwie świętujemy… Znałam oczywiście oficjalnie stanowisko Kościoła, ale nie rozumiałam, co to tak naprawdę znaczy, jak fundamentalne jest dla ludzi wierzących! Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że czasem mam więcej szczęścia niż rozumu i jak to zwykle bywa w moim życiu – Bóg znów postawił na mojej drodze całą rzeszę niesamowitych ludzi. To oni pokazali mi, co to jest Zmartwychwstanie i jak powinno się je świętować!

Podsumowaniem i demonstracją tego, czym po latach stało się dla mnie Zmartwychwstanie jest „Warszawski Taniec Wielkanocny”, który wraz z WMS i WAPM „Zieloną” rozpoczęliśmy już ponad dwa lata temu (w tym roku po raz trzeci wolontariusze zatańczyli go na Placu Zamkowym). Ta inicjatywa to pokazanie światu naszej radości z wielkiego wydarzenia, jakim jest Zmartwychwstanie. Wspominam o tym, ponieważ dużo kosztowało mnie zrezygnowanie z tego wydarzenia na rzecz mojego wolontariatu w Afryce.

Gdy dowiedziałam się, że w Zambii nie ma żadnych szczególnych tradycji Wielkanocnych (że Święta spędza się głównie w kościele, a po powrocie z nabożeństwa wszystko wraca do normy) było mi smutno. Jestem jedną z tych, którzy lubią celebrować takie momenty i – nawet mimo różnych przeciwności – zawsze towarzyszy mi radość świętowania. Szybko okazało się jednak, że początkowy smutek był absolutnie zbędny! Tegoroczne Święta na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako jedno z najpiękniejszych i najradośniejszych wspomnień.

Jak właściwie wyglądała ta magiczna Wielkanoc? Zacznę od tego, że w weekend poprzedzający Wielki Tydzień miałam okazję uczestniczyć w polskim ślubie na zambijskiej ziemi. Tak więc zaczęło się bardzo wyjątkowo! Agnieszka Bursa, jedna z naszych wolontariuszek, przyjechała do Zambii ze swoim narzeczonym. Chcieli pomóc znajomym salwatorianom w bieżących pracach. Otoczeni miejscową ludnością, w rytmie afrykańskich śpiewów, otrzymali błogosławieństwo ks. Pawła Fiącka – jednego z ojców WMS, naszego byłego duszpasterza i dyrektora wolontariatu, a obecnego misjonarza w Zambii. Niezapomniane wydarzenie, które było zapowiedzią wyjątkowej Wielkanocy.

Wielki Czwartek i Wielki Piątek spędziłam w Compandzie Mtendere, jednej z dzielnic Lusaki. Mieszkam tam na co dzień, miałam zatem okazję zobaczyć, jak świętują ludzie, którymi się otaczam. Przekonałam się, że brak tradycji związanych ze świętowaniem w domu nie wynika z nieprzywiązywania uwagi do tego, czym są Święta, bynajmniej! Po prostu ludzie tutaj całą swoją uwagę skupiają na tym, co dokonuje się w kościele w czasie Triduum. Około dwa tygodnie przed Wielkim Tygodniem rozpoczęły się przygotowania…

Wspomniane na początku „Stella girls” to dziewczynki, które przygotowują specjalne tańce do afrykańskich pieśni. W trakcie uroczystych Mszy, takich jak Triduum, tańczą przed ołtarzem, przebrane w odświętne stroje. Ze łzami w oczach patrzyłam, jak moje dziewczynki z parafii, wystrojone w czitengi (tradycyjne chusty, najczęściej noszone na biodrach jako spódnice), całe w brokacie tańczyły przez całą trzygodzinną Mszę! Dodam, że ten długi występ to efekt żmudnych przygotowań i ogromnego wysiłku! 😉

W Wielki Piątek doświadczyłam prawdziwej Drogi Krzyżowej… Najpierw poszłam do pracy w sierocińcu, ponieważ moje dzieciaczki bez względu na świąteczny czas potrzebują ciągłej opieki. Był to jeden z momentów, kiedy czułam się bardzo potrzebna. Wiedziałam, że reszta pracowników z dziennej zmiany nie będzie mogła iść po pracy na Drogę Krzyżową. Zaproponowałam zatem, że zostanę z dzieciakami sama, a one będą mogły uczestniczyć w Wielkim Piątku, który przygotowały Siostry wraz z podopiecznymi.

Ja natomiast dołączyłam do przygotowanej przez parafię Drogi Krzyżowej, która rozpoczęła się trochę później. Z racji niewielkiej ilości snu, braku jedzenia, sporej ilości pracy i słońca ledwo przeszłam (praktycznie niesiona przez dzieciaki) tę prawdziwą Drogę Krzyżową. Z perspektywy patrzę na to jak na błogosławieństwo, dzięki któremu mogłam doświadczyć – choć minimalnie – cierpienia, którego pamiątką jest właśnie Wielkopiątkowa Droga Krzyżowa.

W sobotę wyruszyłam do Mungu, parafii ks. Pawła Fiącka i innego salwatorianina, ks. Artura Zająca. Mungu znajduję się w buszu, który jest czymś w rodzaju afrykańskiej wsi, gdzie możemy zobaczyć małe domki ze strzechą na dachu, skryte w bujnej zieleni! Tam też miałam okazję spotkać (wciąż świętujących zawarcie związku małżeńskiego) Agnieszkę i Mariusza. Wszyscy razem poszliśmy na Mszę Paschalną, która rozpoczęła się pod gwieździstym niebem, przy prawdziwym ognisku. Stamtąd udaliśmy się do małego kościoła, gdzie przez ponad cztery godziny celebrowaliśmy Msze Świętą… pełną miejscowych tańców i śpiewów (od wspomnianych „Stella Girls, przez chór, aż po ministrantów, którzy nie ograniczali się w okazywaniu swojej radości!). Po Mszy Paschalnej (jako że mimo afrykańskiej scenerii znajdowaliśmy się w polskim towarzystwie), poświęciliśmy przygotowany wcześniej koszyczek ze święconką!

W Niedzielę Wielkanocną, zgodnie z Polską tradycją, zasiedliśmy do wielkanocnego śniadania. Nie było, co prawda, za dużo rodzimych smakołyków, ale polskie towarzystwo jak najbardziej wyśmienite! 🙂

W Poniedziałek Wielkanocny (Śmingus Dyngus jest jednym z moich ulubionych świąt!), wybraliśmy się na wyspę należącą do salwatoriańskiej parafii. To było coś nie do opisania słowami! Sama podróż na wyspę była już nie lada przygodą: w leciwej, zardzewiałej łódce, wypełnionej trzynastoma osobami, wyruszyliśmy w ponad godzinną podróż na „Deep Island”. Po drodze wypompowywaliśmy wodę z pokładu (używaliśmy w tym celu przeciętej w połowie butelki) i podziwialiśmy piękną roślinność. Zademonstrowaliśmy też, a później wytłumaczyliśmy miejscowym, co oznacza dla nas „Lany Poniedziałek”. Jak się domyślacie, wody nam nie zabrakło! Zapału do dokładnej demonstracji też nie! Miejscowi zdecydowanie podłapali, o co chodzi w tej tradycji!

Gdy dotarliśmy na wyspę, zostałam oczarowana pełnią afrykańskiego folkloru. Cała wyspa ma pięć kilometrów i stu mieszkańców. Mszę mieliśmy w naprawdę maleńkim i uroczym kościółku, gdzie otoczyły nas ciekawe „muzungu” miejscowe dzieciaki. Jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich byłam. Jednocześnie pełne pracy dla potencjalnych wolontariuszy. Na wyspie już od kilku lat nie działa szkoła… Pozostał tylko budynek z zarwanym dachem i pełno dzieci, nieumiejących czytać i pisać. W Europie wielu myśli, że w dzisiejszych czasach takie miejsca już nie istnieją… ale to nieprawda. Tu jest ich sporo.

Tak, w tym dość rozległym skrócie, wyglądały moje magiczne święta! Tak naprawdę nie da się ich opisać słowami, ani dostrzec na zdjęciach. Przekonałam się w te święta, nie po raz pierwszy zresztą, że nie ma co się zawczasu smucić lub przejmować, że coś pozornie może nie wyglądać tak, jak byśmy sobie tego życzyli. A z reguły to, czego finalnie doświadczamy, może stać się jeszcze piękniejszym doświadczeniem, jeśli tyko jesteśmy na to otwarci! Ja postanowiłam otworzyć się na to doświadczenie i zapisuję je mojej pamięci już na zawsze, z bardzo kolorowymi ilustracjami!

Mariola Kaźmierska
Wolontariuszka WMS