Strona główna / Wyjazdy / RUMUNIA: TIMISOARA (2013)

RUMUNIA: TIMISOARA (2013)

[tab_item title=”OPIS”]

Dziesięcioro młodych ludzi poświęciło dwa tygodnie wakacyjnego urlopu, aby być dla innych, by zaangażować się w salwatoriański wolontariat misyjny. Miejscem ich posługi była Timisoara. Pełnili równolegle role wychowawców i animatorów dla grupy dzieci oraz pracowników fizycznych. Po „misji” wrócili spełnieni i uradowani.

[/tab_item] [tab_item title=”ŚWIADECTWO”]

Choć droga do była długa, to wreszcie dotarliśmy na miejsce, gdzie spotkaliśmy się z ogromną życzliwością i gościnnością tamtejszych salwatorianów. Następnego poranka, pożegnawszy grupę jadącą dalej, do Albanii, przystąpiliśmy do naszych obowiązków. Przez pierwszy tydzień od 10 do 16 organizowaliśmy czas wolny dla grupy około dwudziestu dzieci z parafii, fenomenalnych dzieci, pomysłowych, chętnych do zabawy, uzdolnionych artystycznie, mądrych… Nie sposób wyrazić, jakich jeszcze. Po prostu kapitalnych pod każdym względem! Mogę śmiało napisać, że zarażało nas ich zafascynowanie różnymi zabawami, zwłaszcza z chustą animacyjną (KLANZA), ich spontaniczność, a przede wszystkim ich szczera radość, obecna w ciągle śmiejących się do nas oczach. Obok pracy z dziećmi czekały na nas liczne prace fizyczne, jak tarcie ścian w garażu, robienie wylewki, rozdrabnianie stwardniałego cementu, czy też inne prace remontowe, porządkowe, ogrodnicze. Odwiedziliśmy także miejscowe hospicjum, gdzie mogliśmy pomóc w ogrodzie, jak i uprzyjemnić czas ludziom naszym śpiewem i obecnością. Specyfika drugiego tygodnia to w głównej mierze pomoc dla Caritasu w wiosce Bacova, z jednej strony przy pracy z dziećmi, równie pięknymi jak poprzednie, jak i z drugiej strony praca na farmie dla bezdomnych, sprowadzająca się do kopania rowu. I nawet jeśli brzmi to prozaicznie, to był to czas pełen dobrej zabawy, wspólnego wyręczania się w machaniu kilofem czy w prowadzeniu taczek (żółtej strzały), nawet niekiedy czas walki o łopatę. Gorliwość każdego wolontariusza była naprawdę wielka. Wszystkie te zajęcia wpisywały się w schemat dnia, który rozpoczynaliśmy Eucharystią o 7.00 w języku rumuńskim, węgierskim lub niemieckim, następnie śniadanie i jutrznia. Po południu, po zakończeniu pracy również mieliśmy czas wolny przeznaczony w głównej mierze na wypoczynek, modlitwę, kolację i wieczorny spacer po Timisoarze, gra w karty, kalambury (ludzka pomysłowość i kreatywność w przedstawianiu nie zna granic), kontakt z tamtejszą młodzieżą salwatoriańską. Każde nasze działanie staraliśmy się umotywować codzienną modlitwą brewiarzową, naszym wolontariackim dziesiątkiem o dziesiątej za misjonarzy i innych wolontariuszy, który to dziesiątek różańca jednak nierzadko wypadał po dziesiątej. Nie mogę nie wspomnieć też o wolnym weekendzie, który spędziliśmy w Brebu Nou nad jeziorem, pośród pagórków.

Całe dwa tygodnie były dla nas wszystkim czasem wzajemnego poznawania się, niesamowitej integracji wpierw w działaniu, później nawet w myśleniu, we wspólnym wygłupianiu się, zabawie w GRANAT!. Były czasem szlifowania języka angielskiego, choć nie tylko (w drugim tygodniu przyjechała grupa z Francji, co zmotywowało dwie nasze wolontariuszki do przypomnienia sobie piosenek francuskojęzycznych). Każdy dzień wymuszał poprzez rozmaite sytuacje pracę nad samym sobą, doskonalenie własnej cierpliwości i pokory wobec nieprzewidzianych sytuacji, umożliwiał poprawienie relacji z Bogiem, zweryfikowanie własnej, osobistej motywacji, światopoglądu, dostrzeżenie tego, nad czym jeszcze trzeba w relacji do Boga, samego siebie i bliźniego popracować. Z tych też powodów nie można takiego wyjazdu nazwać wyłącznie przygodą, z której przywozimy zdjęcia i wspomnienia dobrej zabawy. To też, ale wiele w Rumunii z nas samych zostało, a obiektywne poczucie szczęścia i doświadczenie oderwania się od codzienności dla drugiego człowieka ze względu na naszą wiarę, to poczucie, które przywieźliśmy, budzi żywe przekonanie, że ten wyjazd jeszcze się nie skończył, a dla każdego koniec będzie indywidualny, bo misja ta rozszerza się w sposób ciągły również w drugim kierunku z Rumunii na Polskę. Naprawdę wszystkich szczerze zachęcam, by się zaangażowali! Obiecuję, że nie będzie to bezowocne!

/-/ Mateusz Tomaszewski, WMS Warszawa

 

[/tab_item] [tab_item title=”ŚWIADECTWO 2″]

 

Kiedy mówię znajomym, że byłam w Rumunii jako wolontariuszka, ci nie chcą wierzyć, że wspominam to z takim spokojem i zachwytem. Niestety. W świecie krąży bardzo negatywny stereotyp Rumunii. Dotyczy on zarówno kraju – postrzeganego jako biedny, zaniedbany, nie wart uwagi, jak i również jego mieszkańców – uważanych za „niegodnych zaufania, złodziei, brudasów”- po prostu ludzi gorszych. Niewątpliwie, są to bardzo krzywdzące opinie, a co najważniejsze – nieprawdziwe! Wiem, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, a więc każdy dostrzega to, co chce dostrzec. Wiem, że żadne państwo nie jest idealne. Wiem, że mój stosunek do Rumunii jest nieco subiektywny i stronniczy. Ale wiem też, że w tej chwili mam niepowtarzalną okazję, by opisać ten kraj tak, jak go zapamiętałam i jak chcę pamiętać – jako piękny, niesamowity, tajemniczy – wart poświęcenia swojego czasu i trudu. Kraj, w którym można się zakochać.

Co uderza, gdy przekracza się granicę i wjeżdża na rumuńskie tereny? Cisza. Spokój. Nie słychać huku samochodów, gwaru ulic, krzyku przechodniów. Wszystko jakby przechodzi w stan uśpienia, czuwania. Droga mija płynnie. Pola, wsie, pola, wsie. Mimo iż, Rumunia jest krajem przede wszystkim wyżynnym i górzystym, tuż za przekroczeniem  granicy, krajobraz jest stosunkowo płaski – wzdłuż drogi ciągną się zarówno pola uprawne  jak i tereny całkowicie niezagospodarowane oraz ogromne obszary, na których rosną słoneczniki. Jedynie na horyzoncie od czasu do czasu (od siebie dodam – „niestety”) pojawia się zarys gór. Ale (na szczęście) wraz dalszym przemieszczaniem się w głąb kraju, teren robi się coraz mocniej zróżnicowany – rozciągające się w Rumunii łańcuchy Karpat stają się bardziej widoczne i wyczuwalne, a położone u ich podłoża jeziora oraz lasy, dodają całości niesamowitego wdzięku. Jak można się domyślać, roślinność rozciągająca się na nizinach, jest bardziej sucha niż w Polsce – w końcu to typowy step pozbawiony krzewów czy rzek. Górskie tereny natomiast, porośnięte są lasami liściastymi, iglastymi i kosodrzewiną. W porównaniu z naszą Ojczyzną, klimat jest znacznie gorętszy- niesamowicie parny i pełen słońca w dzień oraz przyjemnie ciepły i orzeźwiający w nocy.

Rumunia jest miejscem, gdzie życie toczy się swoim własnym rytmem. Poza wioskami ciężko spotkać żywą duszę. Jeżeli się to jednak udaje, jest to najczęściej rolnik czy gospodarz czuwający na poboczu przy swoim osiołku. Bliżej cywilizacji można natknąć się na przydrożne, przenośne sklepiki z arbuzami i melonami (coś pięknego!). W małych miastach i wioskach, uwagę przyciągają charakterystycznie usytuowane domy – zbudowane tuż przy drodze, jeden obok drugiego, ściśle do siebie przylegając. Informacji gdzie kończy się jeden a zaczyna następny udzielają ogromne, kolorowe, najczęściej drewniane bramy. Zazwyczaj są one szczelnie zamknięte, skrywając za sobą cały dobytek mieszkającej za nimi rodziny. Czasami jednak, można przed nimi dostrzec babuleńkę obierającą ziemniaki, bądź starszego pana patrzącego z niesamowitą powagą przed siebie. Pod kolor i styl bram, dobrane są okiennice – rzeźbione, malowane, o najróżniejszych kształtach i wzorach. Tak oto w skrócie przedstawia się wieś – mały, spersonalizowany światek spokojnych istnień, nie martwiących się o jutro. Miasto wygląda natomiast zupełnie inaczej!

Timișoara – miejsce docelowe naszej podróży – położona jest około 300 km od granicy z Węgrami. Leży ona w krainie historycznej zwanej Banatem i stanowi również stolicę tego regionu. Dominują tutaj 3 języki: rumuński, węgierski i niemiecki. Ciekawostką, która wprawiła mnie w osłupienie jest wymóg, że KAŻDY ksiądz, który chce pracować w Timișoarze musi je umieć – w nich bowiem odprawiać on będzie codziennie Msze Święte. W kwestii komunikacji z Rumunami pojawia się jeden, moim zdaniem bardzo przykry szczegół –  możliwości porozumienia się z kimś po angielsku są bardzo ograniczone. Język ten zupełnie nie funkcjonuje w małych kioskach, na targach czy we wsiach. Można się nim jedynie porozumieć w sklepach powstałych z myślą o turystach, droższych księgarniach, butikach – krótko mówiąc w dzielnicach bogatych, dużych marketach i w większych miastach. Nadzieją dla błąkających się turystów, są też ludzie młodzi i studenci, którzy z dużym prawdopodobieństwem będą znać „język całego świata”. Starsze pokolenie bowiem, stawia jedynie na mowę ojczystą bądź w niektórych przypadkach na  j. niemiecki. Osobom, które podobnie jak ja tolerują jedynie angielski, pozostaje język migowy – sprawdzający się zawsze i  wszędzie J

Co się znajduje w mieście? Wszystko. Dosłownie. Począwszy od wspomnianych już targów (na których handluje się zarówno żywnością, co sprzętem domowym lub zwierzętami), po liczne teatry, muzea, galerie i kluby. Timișoara pulsuje życiem w dzień i w nocy. 24 godziny na dobę na ulicach można spotkać grupki przechodniów podziwiających wystawy, mieszkańców udających się na posiłek czy spacerujących turystów. W bocznych uliczkach i na rondach, legowiska zrobiły sobie bezdomne psy – będące jednak wbrew pozorom bardzo łagodne i spokojne. Mimo tego, że miasto jest naprawdę duże i nowoczesne, w jego architekturze dominuje tradycja i przeszłość. Ale nie oznacza to, że budynki są zaniedbane! Wręcz przeciwnie: odnowione, czyste, zadbane – jednym słowem: klasyczne. W oczy nie rzucają się ogromne szklane biurowce, błyszczące metalowe wykończenia czy sterylne konstrukcje. Nowe obiekty powstają w zgodzie z tym co było – ze starymi budowlami, ozdobnymi, kolorowymi kamienicami, ogromnymi placami, parkami, ogrodami. Wszystkim co jest odrestaurowane  i zapiera dech w piersiach. W mieście po prostu można wyczuć silną więź mieszkańców z tradycją i swoją przeszłością. Timișoara jest bowiem miejscem, w którym historia odcisnęła swoje piętno, niestety bardzo krwawe.

W 1989 roku w Rumunii wybuchła rewolucja, której celem było obalenie komunistycznej dyktatury prowadzonej przez Nicolae Ceaușescu. Ludzie protestowali na ulicach, w miastach odbywały się walki krwawo gaszone przez władze – domagano się poprawy warunków życia, żywności, a przede wszystkim chciano odzyskać wolność.            20 grudnia 1989 roku, w Timișoarze przeprowadzono zamach stanu, którego finałem była egzekucja Ceaușescu na oczach wszystkich obywateli. W jego też wyniku, Timișoara została ogłoszona pierwszym wolnym miastem w Rumunii. Niestety – wolność za życie. Straty w ludziach były nieuniknione – zginęło wielu protestujących, a ich śmierć i bohaterstwo jest wspominanie po dziś dzień, w formie palących się zniczy czy kwiatów, składanych pod licznymi pomnikami upamiętniającymi tamte wydarzenia.

Gdyby ktoś mnie zapytał co sądzę o mieszkańcach Rumunii odpowiedziałabym bez zastanowienia – „Są cudowni! Życzliwi, uprzejmi, pomocni i bardzo cierpliwi”. Takich przynajmniej dane mi było poznać. Tyczy się to zarówno dorosłych jak dzieci, które były naprawdę niesamowite. Ich głód wiedzy, chęć do działania, żywe zainteresowanie zabawami i czynny w nich udział,  po prostu urzekały. Już same  ich uśmiechy, ewidentna radość i szczera wdzięczność za spędzanie z nimi czasu były ogromną (o ile nie największą) nagrodą. Chciało, naprawdę chciało się poświęcać im każdą wolną chwilę, dawać z siebie jak najwięcej i uczyć się od nich. A czyny, zachowania i rozmowy z dziećmi naprawdę skłaniały do refleksji. Nigdy nie zapomnę, jak podczas zajęć plastycznych, grupa chłopców narysowała ślub dwojga ludzi, z czego jedno z nich było czarne, a drugie białe. Na górze kartki widniał napis: „Racism isn’t a birth – it’s a thought”. Można go było rozumieć dwuznacznie: jako ogólna ideę i sprzeciw wobec nierównemu traktowaniu ludzi z różnych kultur lub jako ból i odczuwaną niesprawiedliwość płynącą ze świadomości stereotypu „Rumun = gorszy”. Nie chcę tutaj niczego nadinterpretowywać, jednak późniejsze rozmowy z rumuńskimi wolontariuszami brzmiały jednoznacznie: „Gdy mówię komuś, że jestem z Rumunii, ten przerażony krzyczy – to ty jesteś przecież złodziejem i oszustem!”. Wolontariusze byli dorośli, a i tak widać było, jak bardzo ranią ich te słowa i jak mocno je rozpamiętują. Chłopcy mieli około 10 lat, a z ich rysunku już płynęła nadzwyczajna dojrzałość i pełna świadomość. Wszechobecność stereotypów i obraz Rumuna jako człowieka niegodnego zaufania po prostu boli; a skoro jest on tak mocno zakorzeniony w świecie, istnieje naprawdę małe prawdopodobieństwo, że dzieci nigdy się o nim nie dowiedzą. Bezpośrednio czy pośrednio, wcześniej czy później – w końcu poczują i doświadczą na własnej skórze siłę tych krzywdzących opinii, o ile już ich nie poczuły…

Ale skąd wziął się ten negatywny obraz Rumunów? Prawdopodobnie wynika on z faktu, że wiele osób myli rodzimych mieszkańców tego kraju z Romami (Cyganami), o których powszechnie krążą bardzo niepochlebne opinie. Nie chcę tu powiedzieć, że „należy dyskryminować Romów, byle tylko nie mówić źle o Rumunach”, bo takie stwierdzenie mija się z celem. Chodzi mi o to, że niezależnie od tego, kogo stereotyp dotyczy, jak widać dotyka on również innych grup społecznych, próbujących się zdystansować od dyskryminowanej ludności na różne sposoby. Prowadzi to m. in. do negatywnego stosunku Rumunów do Romów, którzy jako nie posiadający własnego państwa nie mają wręcz legalnego prawa bytu w Rumunii. To przykre jak Rumunii „obwiniają” Cyganów za negatywne postrzeganie ich przez inne narodowości. Bolesny sąd nasila kolejny ból…

Przechodząc do rzeczy bardziej optymistycznych: muzyka. Będąc nad wodą, w podróży, na ulicy – wszędzie da się słyszeć nieco orientalne melodie. To jakby połączenie muzyki środkowoeuropejskiej z południowymi rytmami – szybkie, skoczne dźwięki bogate m. in. w instrumenty smyczkowe. Manele – bo tak się nazywa ten popularny w Rumunii styl muzyczny jest mieszanką muzyki cygańskiej, orientalnej i współczesnego popu. Można go porównać do polskiego disco-polo, jednak osobiście uważam, że jest on o wiele lepszy. Manele po prostu wpadają w ucho – połączenie romskich rytmów z pięknym rumuńskim językiem jest czymś, co niewątpliwie da się lubić. Do tego stanowią one gigantyczną świątynie wiedzy na temat języka, którego można się z nich uczyć: wymowa, akcent, gramatyka.

Podsumowując. Co z tego wszystkiego wynika? Jakim krajem tak naprawdę jest Rumunia? Pięknym czy przeciętnym, bogatym czy biednym, nowoczesnym czy tradycyjnym? Ile ludzi tyle odpowiedzi. I to jest właśnie najcudowniejsze! Nie ma jednego słowa, jednej definicji opisującej to państwo. Dlaczego? Bo emocji nie można tak łatwo opisać. A Rumunia i to czego się w niej doświadcza, jest właśnie takim splotem wielu myśli, refleksji, doświadczeń i uczuć. Pozytywnych czy negatywnych – to już kwestia indywidualna, jednak nie da się opuścić tego kraju obojętnie, nie zastanowiwszy się nad tym „co mnie tam spotkało”. Po prostu się nie da. Dla mnie, pobyt w Rumunii był jednym z najwspanialszych doświadczeń jakie dane mi było przeżyć. Te 2 spędzone tam tygodnie były gigantyczną i skumulowaną dawką całej gamy emocji, poznawania nowych ludzi, nauki pokory, wglądu w siebie, a przede wszystkim był to czas całkowitego przylgnięcia do Boga i zawierzenia mu swojej pracy. W końcu gdyby nie On, nie byłoby mnie tam. Czemuś zatem ten wyjazd miał służyć. Timișoara nie mogła pojawić się w moim życiu bez przyczyny. W końcu nic nie dzieje się bez przyczyny.

 /-/ Karolina Kuśnierz, WMS Kraków

 

 

[/tab_item]

Sprawdź może...

[WYJAZDY] Rumunia, Timisoara (2015) [relacja]

[WYJAZDY] Rumunia, Timișoara (2014)