Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] Albania – Koplik (2017)

[WYJAZDY] Albania – Koplik (2017)

  • RELACJA
  • GALERIA

Dostałam niesamowity prezent od Taty. Został on opakowany w najstraszliwsze lęki, obawy, niepewność, chwile zwątpień i rozterek. Ale najpiękniejsze było to w środku. W sercu. To pragnienie misyjności, przekazania miłości gdzieś dalej, oddania siebie całego. Zostałam posłana do Albanii. Bóg powoli rozpakowywał to, co mi podarował. Dostałam najpiękniejsze chwile wśród moich dzieciaków. Majestatyczne góry, które mogłam podziwiać spoglądając za płot. Lekcje pokory, gdy musiałam podołać obowiązkom, nie miając zwyczajnie motywacji do działania. Każdy dzień spędzony tam, na tej suchej, spalonej słońcem ziemi dawał mi coś nowego. Codziennie dostawałam niezliczone ilości dowodów, że Pan jest blisko. A nawet, gdy tego nie czułam, to momentami działy się cuda. Przede wszystkim to, że po 2 tygodniach potrafiłam porozmawiać z mieszkańcami, mimo że to było tylko Emri im eshte Paulina. Sa vjec je? Si je? (Mam na imię Paulina. Ile masz lat? Jak się masz). Moimi małymi cudami były dzieci. Każde z osobna umacniało mnie w przekonaniu, że znajduję się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie. Uśmiechały się do mnie, przytulały się. Na każde powitanie krzyczały Pershendetje, gdy kończyliśmy zajęcia Mirupafshim, shihemi neser! (do jutra!). A to wszystko zaczęło się od mojego małego, aczkolwiek niezbędnego cudu w Polsce, gdy na dwa tygodnie przed wyjazdem musiałam biec do Urzędu Paszportowego. Cały tydzień w nerwach, wnioski o przyspieszenie wydania i dokładnie tydzień od daty złożenia pisma – pojawia się SMS: twój paszport jest do odbioru! I pojechałam. Bałam się, że się nie nadaję: brak doświadczenia w pracy z dziećmi, rok w odosobnieniu, bo studia zabierają za dużo czasu. Nie miałam już takiej pewności, co na początku mojej drogi misyjnej. A gdy dojechaliśmy do Jubice wszystkie obawy zmieniły się w jedną myśl: jak ja mam przez miesiąc oddychać takim powietrzem? Było gorąco, zdecydowanie za gorąco jak dla mnie, zwłaszcza, że mieszkam nad Bałtykiem. W nocy 26 stopni, w dzień 38 w cieniu. Minął miesiąc. Pracowaliśmy fizycznie, bawiliśmy się z dzieciakami. Odkryłam, że im bardziej i więcej zawierzam Bogu, tym mniej muszę działać według planu. Nie wiedzieliśmy jaki humor będą miały dziewczynki ani w co będą chcieli grać chłopcy. Dawaliśmy im propozycje, oni mogli je przyjąć lub odmówić nam współpracy. Zazwyczaj jak my, szli w ciemno, a efektem tego było zdziwienie po 3,5 godziny zajęć, że to już koniec. Czas na misjach umocnił mnie w przekonaniu, że jestem na właściwej ścieżce życia. Chociaż obudziło się we mnie wiele pytań, to jeszcze więcej dostałam tam odpowiedzi. Nauczyłam się rozmawiać z ludźmi, z Bogiem. Przyjmować od Niego krzyż, przyjmować też i Jego łaski. Nauczyłam się nie stawiać barier między ludźmi, przytulać kiedy wszyscy widzą, zniżać się przed tymi, którym trzeba opatrzeć nogę, gdy skóra zeszła do kości. I ufam, że to tylko początek mojej drogi, mojej działalności. Że jeszcze uda mi się bardziej zapłonąć i iść. I głosić.

Paulina Okuńska,
Wolontariuszka WMS