Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] MEKSYK: CAMPECHE (2015) / relacja 2

[WYJAZDY] MEKSYK: CAMPECHE (2015) / relacja 2

  • RELACJA 
  • GALERIA

Miesiąc za mną. FAQ.

To niewiarygodne, ale jestem tu już miesiąc. Minął jak tydzień. A wydaje mi się, że mieszkam tu od lat. Chociaż oczywiście nadal jestem tylko polskim bobasem na obcej ziemi. Gaworzę, wierzgam pulchnymi nóżkami, próbuję raczkować. Wszyscy się mną dziwią, sprawdzają i dają dziesiątki w campechańskiej skali Apgar. Pojawiło się nowe dziecko w rodzinie. Wokół aż roi się od meksykańskich mam, tatusiów, sióstr i braci. Wszyscy o mnie dbają, wciskają słodycze w dłonie, zabawiają i bacznie obserwują. A ja uparcie robię w pieluchy.

Oszukano mnie

Padre Kuba (zdaniem kilkudziesięciu parafian to mój brat, możemy zatem przyjąć nieoficjalnie nasze pokrewieństwo) uprzedzał, że mają w parafii dużo pracy. To nieprawda. Mają jej znacznie więcej niż dużo. Nie będę porównywać zakresu obowiązków Salwatorianina tutaj i przeciętnego duchownego w Polsce. W związku z powyższym kazano mi przygotować się na najgorsze. Przecież nie będą mieć czasu, żeby się mną należycie zaopiekować. BeZeDuRa! Pierwsze kłamstwo, nieładnie. Czuję się najbardziej zaopiekowaną wolontariuszką misyjną świata i każdego dnia dziękuję Bogu, że dał mi możliwość posługi przy tym właśnie Zgromadzeniu. Ojcami (dosłownie) tego sukcesu są padre Jacobo, p. Pablo, p. Tomás, p. Andrés i hermano Salvador. Od czasu do czasu padre Fidencio i padre Martín. Jeśli ktoś wątpi w księży, zapraszam do poznania tych ludzi. Przywrócą Wam wiarę.

Teraz z innej beczki. Pamiętam liczne rozmowy o tym, jak spakować się do Meksyku. Jedziesz na wolontariat, trzeba się ubierać przede wszystkim wygodnie i praktycznie. Krótkie spodenki, ale nie za krótkie. Nie będziesz potrzebować eleganckich sukienek, mówili. Ani obcasów… mówili (dobrze, że upchnęłam je w ostatnim momencie). Spójrzcie tylko, jak wyglądają Meksykanki na tutejszych uroczystościach. A ja niejednokrotnie jak ta „głupia dzikuska” Pocahontas. Ale co niezmiernie miłe – jest mi to wybaczane i budzi szczerą radość. W parafii mało kto zakłada krótsze spodenki, zwłaszcza dorośli, zwłaszcza pełniący jakieś funkcje (nauczyciele, katecheci, a o księżach nawet nie wspomnę). Wygląda na to, że muszę zainwestować w długie, przewiewne spodnie, które łatwo się piorą. Takie ubrania lubimy w pracy z najmłodszymi.

Rozjaśnię też kwestie językowe. Uspokajano mnie, że poradzę sobie wyśmienicie. W końcu uczę się już całkiem sporo, mam prywatnego native speakera z Madrytu, zdałam egzamin certyfikacyjny i zwyczajnie uwielbiam ten język. Jednak hiszpański w wersji meksykańskiej to nie to samo co kastylijski i warto mieć to na uwadze. Pominę akcent, bo tego wyzbyłam się łatwo już po kilku dniach. Jednak słownictwo i sposób mówienia różnią się dla mnie znacząco. Do tej pory mam problemy z rozumieniem tej latino-mieszanki, z mocną nutką amerykańskiego angielskiego (spanglish). Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy jadę na wieś, gdzie połowa ludzi nadal mówi w maya (języku Majów). Oczywiście co innego pogawędzić na ulicy, a co innego pracować jako nauczyciel. Ale jak to się mówi, „poco a poco” – po troszeczku.

Co ja robię tu, uu?

Cztery dni w tygodniu uczę angielskiego. Prowadzę różne zajęcia dla dzieci i młodzieży. Od zabaw integracyjnych po warsztaty dramowe, teatralne. Towarzyszę księżom w meksykańskiej codzienności. Uczestniczę w parafialnych wydarzeniach, inicjatywach, pielgrzymkach, wszystkich świętach, należę do dwóch grup (AJC – młodzi, świeccy Salwatorianie oraz JMJ 2016 – ekipa Światowych Dni Młodzieży w Krakowie). Poznaję mnóstwo ludzi i daję poznawać siebie. Gram w karty, w siatkówkę, w berka, w chowanego, w „se quema la papa” („ziemniak się przypala”), gram w co trzeba. W przedświątecznym zgiełku przyjmuję zaproszenia na fiesty, rocznice, urodziny, imieniny, wesela, ichniejsze Wigilie (Posadas). I choć nie uświadczę na nich opłatka, miłość leje się strumieniami.

Co drugi weekend spędzam w Bolonchén. To nieduża miejscowość oddalona od Campeche o 1,5h (autem) lub 3h (autobusem). Jeżdżę tam nie wiedząc, gdzie będę spać i co się wydarzy. Wracam wykończona i zachwycona. Pomagam w kursie dla katechetów (aktualnie przygotowujemy Pastorelę, odpowiednik naszych jasełek ), pracuję (a właściwie to bawię się) z dziećmi. Mamy też plan założyć grupę misyjną, poproszono mnie o jej formację. Dopiero w Meksyku zdałam sobie sprawę, jak wiele znaczy nauczanie religii w szkole – mało kto może poszczycić się taką edukacją. Tutaj to świeccy w parafiach uczą religii. Ich poświęcenie jest godne podziwu. Głowa roi mi się od pomysłów, ale trzeba brać poprawkę na wiele niezależnych ode mnie czynników. Cały czas uczę się języka, innej kultury, mentalności, uczę się pokory, poznaję, pytam, popełniam błędy. Rozkręcam się i próbuję rozkręcić też innych. Stawiam pierwsze kroki.

Tradycyjnie lubię się powygłupiać, czasem zaszczekam, pośpiewam i zatańczę. Dużo rozmawiam z ludźmi. Robię pranie w meksykańskiej frani i spełniam domowe obowiązki. Fatałaszki uprane ręcznie rozwieszam w oknie, narażając się na gromki śmiech mamy Loreny (to pani, u której mieszkam) i przechodniów. Rozdaję święte obrazki przywiezione z Polski i te zrabowane na miejscu. Uczę rodzimych zabaw z „Amse kadamse” na czele, śpiewam „Sto lat” i uczę podstaw polskiego. Robię setki zdjęć i filmików, których nie mam czasu przeglądać. Uchodzę za paparazzi. Zachwycam się wszystkim. Dużo się śmieję, choć miewam i gorsze chwile. Gdy nie mogę spać w nocy, planuję następne zajęcia, modlę się, myślę o przyszłości i opisuję Wam moje doświadczenia.

Najczęściej zadawane pytania

Wiele osób pyta o to samo. Polacy mają swój zestaw pytań, Meksykanie swój. Rozpakuję pierwszy z nich. Wiecie już, co robię i że mam się wyśmienicie. Mam swoją meksykańską rodzinkę, z którą mieszkam. Warunki bardzo dobre, choć oczywiście jest inaczej niż w Polsce. Jedzenie pyszne i zawiera dużo tłuszczu, zdecydowanie za dużo mięsa i definitywnie jest podawane w porcjach przekraczających moje zapotrzebowanie. Społeczne przyzwolenie na obżarstwo jest wyraźne, co tylko pogorsza moją linię. Tubylcy przyklaskują, gdy łaszę się na dokładkę i oczywiście każą się nie przejmować („No se preocupe, Magdita”).

Tak, tu naprawdę jest ciepło, parno i słonecznie. Trafiłam na stosunkowo chłodny okres, co ocala mnie przed roztopieniem. Za dnia 25-35 stopni, wieczorami około 20. Gdy temperatura spada poniżej dwudziestki, sporo osób zakłada długi rękaw. Od kwietnia spodziewamy się codziennie powyżej czterdziestki. Nie lubię gdy pada deszcz, bo wtedy spada frekwencja na angielskim (dzieci wyjaśniły, że nie mogą wtedy wyjść z domu). Różnica czasu niezmiennie wynosi 7 godzin. Wy jesteście do przodu, my do tyłu. Przykładowo – gdy ja kończę obiad, wielu z Was kładzie się już spać.

Traktują mnie tu wspaniale, ludzie są radośni, kochani, otwarci, troskliwi, zaangażowani, pomocni, gadatliwi. Mają dużo szacunku dla innych, co objawia się chociażby w języku (używają przeważnie trzeciej osoby) i gotowości do pomocy (wskazują drogę nawet gdy jej nie znają). Chętnie podejmują się różnych zadań, niezależnie od indywidualnych predyspozycji (np. wszyscy śpiewają i grają… z różnym skutkiem). Mają inne poczucie czasu. Istnieje zjawisko „godziny campechańskiej” („hora campechana”). Gdy umawiamy się na 20:00, zaczniemy o 20:30. Albo o 21. Ale nikt się tym szczególnie nie przejmuje. Oni po prostu cieszą się chwilą, są wspólnotowi, lubią być razem. Ich domy są otwarte na oścież, dosłownie. Często widać z ulicy, jak ktoś pochrapuje w hamaku albo gotuje obiad. Nikogo to nie dziwi, nie zabiegają mocno o prywatność. Wydają mi się szczęśliwi.

Według mnie Meksykanki są bardzo ładne, a dzieci można by jeść łyżeczką. Panie są zadbane i pachnące, choć czasem o niebanalnej urodzie i przeróżnej kibici. Dominują jednak campechańskie krągłości. Panowie są najczęściej przysadziści, krzepcy i mają kwadracikowe twarze o miłym uśmiechu. Są też tacy o twarzach bandziorów i tym raczej nie patrzę w oczy. Większość ludzi jest niskiego wzrostu i pełnych kształtów. Lwia część społeczeństwa ma ciemne lub czarne jak smoła oczy i podobne włosy. Różne odcienie skóry, ale niezmiennie królują brązy. Tak, widać mnie z daleka. Jestem biała jak mleko, oczy mam egzotycznie zielone, jasny włos i niczego nie ukryję. Gdy słyszę „wera, werita” (biała, bialutka) wiem, że to o mnie. Często jestem zagadywana, ludzie bywają wręcz przesadnie mili i usłużni. Prowadzą w najdalszy zakątek sklepu, żebym znalazła to, czego potrzebuję. Czuję się niezręcznie, gdy słyszę „to zaszczyt pani służyć”. Wiem, że to niesie dla nich inne znaczenie, ale jednak. Długo by opowiadać. O tym, ile osób pracuje w hipermarkecie, jak sprzedają jedzenie, jak się modlą, bawią, witają i sprzątają – opowiem kiedyś.

 

Sprawdź może...

Pracowite lato w WMS

Wakacje to w Wolontariacie Misyjnym Salvator bardzo intensywne czas. 56 wolontariuszy WMS posługiwało tego lata …

Oświadczenie [9.02.2017]

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele i Znajomi, Sympatycy Wolontariatu Misyjnego Salvator, bardzo dziękujemy za troskę i …