Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] Pierwsza relacja Marioli – Zambia 2017

[WYJAZDY] Pierwsza relacja Marioli – Zambia 2017

  • RELACJA
  • GALERIA

Słowa ks. Jana Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” nabierają nowego znaczenia. Miesiąc posługi w Zambii rzuca na nie inne światło.

Zawsze był to jeden z moich ulubionych cytatów. Jadąc do Zambii odbijał się echem w mojej głowie. Może odrobinę dlatego, że w Afryce ludzie umierają na ulicy? Nie, chyba nie. Na pewno nie czułam się jak dobra samarytanka przychodząca im z pomocą. Tak czy inaczej – zwłaszcza pierwsza część cytatu była i wciąż jest moim hasłem przewodnim!

To prawda, że nie wolno zwlekać z okazywaniem miłości drugiemu człowiekowi. Jednak w Kabulondze u Sióstr Misjonarek Miłości , gdzie obecnie jestem wolontariuszką, szybko odkryłam pewną rzecz. Co prawda nie wolno zwlekać z okazywaniem miłości, ale należy to robić mądrze i z pokorą! Przyznam szczerze, że było to dla mnie niespodzianką. Ja – emocjonalny, spontaniczny lekkoduch – dostałam obuchem w głowę.

Przejdźmy jednak do sedna. Pracuję u sióstr jako jedna z opiekunek do dzieci z sierocińca. Jestem przydzielona do dwóch grup. Pierwsza z nich to maleńkie bobasy. Od dwóch dni na przykład mam w naszej grupie kilkudniowego noworodka. Jak można się spodziewać jest to najmłodszy członek naszej małej załogi. Grupa ”maluszków” liczy około 15 dzieciaków do 2 lat. Druga grupa podobnie, tyle że z dziećmi od 2 do 5 lat. Oczywiście pracy przy nich co nie miara, szczególnie przy maluszkach, które trzeba umyć, przebrać i nakarmić.

Dlaczego na początku napisałam o rozwadze w kochaniu? Ponieważ już pierwszego dnia przekonałam się o tym, jak bardzo te dzieci potrzebują uwagi i zainteresowania. Jak bardzo są spragnione dotyku, uśmiechu i chwili zwykłego „bycia z nimi”. Problem w tym, że ja mam tylko dwie ręce, dwie nogi i jedno ciało… i choćbym chciała każde z nich trzymać na kolanach cały dzień, nie jestem w stanie tego zrobić. Bardzo szybko zauważyłam, że chwila przytulenia jednego, a nawet czwórki dzieci na raz (tak, osiągnęłam już tę umiejętność!;) jest niewystarczająca. Często pobudza i tak już ogromny apetyt na czułość. Co więcej – pozostałe dzieci widząc to, od razu biegną w twoją stronę z nadzieją, że dla nich też znajdzie się cokolwiek. Błyskawicznie przekonałam się o tym, że nie mogę rzucać na lewo i prawo uściskami i buziakami. Niestety dla wielu z tych dzieci taki jeden uścisk okupiony jest długim płaczem i jeszcze większą tęsknotą!

Tak więc uczę się teraz, jak dać tym dzieciom wszystko to, co przywiozłam dla nich w moim sercu, nie sprawiając im przy tym bólu. Jak pokazywać im, że kocham, mimo że przytulam tylko 5 minut. Że wrócę, że przytulę znowu, mimo że właśnie odkładam je do łóżeczka. I że to wcale nie oznacza, że je odrzucam. Po prostu mam również inne obowiązki!

Podsumowując moją pierwszą relację chcę powiedzieć, że każde zadanie, każda posługa, a w szczególności wolontariat misyjny wymaga przygotowania. Oczywiście nie da się wszystkiego przewidzieć, dlatego nie chodzi tu o awaryjny plan na wszystko. Chodzi o coś, co nazwałabym dojrzałością do danego zadania. Nie mam jeszcze pewności, czy ja jestem wystarczająco dojrzała do mojego. Bez wątpienia kilka ostatnich lat, w czasie których przygotowywałam się do tego wyjazdu i pracowałam w podobnych miejscach sprawia, że co dzień pokonuję nowe wyzwania z uśmiechem na twarzy i dziecięcą ciekawością nadchodzącego jutra! 🙂

Mariola Kaźmierska
Wolontariuszka WMS