Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] Ukraina – Brzozdowce (2017)

[WYJAZDY] Ukraina – Brzozdowce (2017)

  • RELACJA
  • GALERIA

Niezaprzeczalnie podczas trwania wolontariatu tworzyliśmy wspólnotę, której przyświecał jeden cel, czyli zapewnienie dzieciakom niecodziennych atrakcji, żeby urozmaicić im czas letnich wakacji. Jednak mamy różne spostrzeżenia, różne myśli i wspomnienia z tych dwóch tygodni przeżytych na Ukrainie, dlatego chcemy, żeby każdy z nas podzielił się tym, co najbardziej ujęło go na misji w Brzozdowcach.

 

Kinga:
Będąc na Ukrainie, każdy dzień był pełen wrażeń. Ale jeden szczególnie zapadł mi w pamięć. Był to czwartek – przedostatni dzień zajęć z dziećmi. Mieliśmy przygotowane dla nich różne atrakcje. Wydawało mi się, że już wszystko przerobiliśmy i nic nas nie zaskoczy. Ze wszystkimi trudnościami dawaliśmy sobie wspólnie radę. Nauczyliśmy się komunikować ze sobą i z dziećmi. Radziliśmy sobie z tak liczną gromadką uczestników, staraliśmy się ich jakoś okiełznać… Ale w ten dzień w zeszycie – w którym pisałam krótkie notatki od czasu do czasu – pojawił się wpis: „Jestem załamana. Chce mi się płakać. Dzisiaj było strasznie. Dzieci nie słuchały i robiły co chciały.” I tak właśnie było. Po powrocie na plebanię nie miałam na nic siły ani ochoty. To nie były tylko moje odczucia.Po skończonych zajęciach prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, ale widziałam, że każdy z nas zastanawia się, dlaczego tak było, co zrobiliśmy źle? Nie mieliśmy ochoty na nic, a czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Zostaliśmy zaproszeni na grilla, który był przygotowany specjalnie dla nas. I bardzo dobrze, że ten dzień nie zakończył się na tym. Bardzo się cieszę, że pomimo tego wszystkiego pojechaliśmy nad jezioro, gdzie czekali na nas rodzice ze swoimi dziećmi, by ugościć nas najlepiej, jak tylko się dało. Ich otwartość i życzliwość sprawiła, że czułam się tam jak w domu. Pozwoliło to nam zupełnie zapomnieć o tych emocjach sprzed popołudnia i zebrać siły, by na następny dzień z nową energią znów cieszyć się spotkaniem z dziećmi. W chwili, kiedy te negatywne emocje minęły, miałam bardzo duże wyrzuty sumienia, że niejako zwątpiłam w nie, ponieważ przez wcześniejsze dni naprawdę nie dawały nam powodów do smutku, a wręcz przeciwnie – otrzymywaliśmy ogrom radości ze spotkań z nimi. Wdzięczność, jaką nas obdarzały była nie do opisania. Te iskierki, które pojawiały się w ich oczach, kiedy byliśmy z nimi, to najlepsze, co mogło nas tam spotkać. To był tylko taki jeden dzień – kryzysu, który pozwolił nam docenić inne dni, gdy wszyscy z chęcią i zapałem podchodzili do zajęć.

Ania:
Już jakiś czas temu zauważyłam, że Bóg lubi bawić się ze mną w podchody albo jakąś specyficzną, wymyśloną specjalnie dla mnie grę terenową. Stawia na drodze mojego życia różne wskazówki, zadania czy wyzwania, które muszę odgadnąć lub wypełnić, żeby “przejść dalej”. Mnóstwo rzeczy musiało się stać, żeby mój wyjazd na misję w Brzozdowcach doszedł do skutku. Szczerze mówiąc, ja dalej nie mogę wyjść z podziwu jak i dlaczego to się stało i co sprawiło, że to były jedne z najpiękniejszych dni mojego życia. Jadąc na Ukrainę miałam silne postanowienie, że dam z siebie wszystko – w końcu dwa tygodnie to nie tak długo. Jednak nie mogę ukrywać, że bałam się tego wyjazdu. Obawiałam się, że się nie sprawdzę, że zamiast pomagać będę tylko przeszkadzać, że nikt mnie nie polubi. Stres, obgryzione paznokcie, przyspieszone bicie serca. Aż do pierwszych zajęć z dziećmi. Wtedy wszystko puściło. Zobaczyłam, że moje lęki były irracjonalne. Że te ufne spojrzenia i nieśmiałe uśmiechy kilkulatków pokonały moją niepewność i wydobyły ze mnie energię, kreatywność i chęć do działania. Zrozumiałam, że jestem na odpowiednim miejscu, że to nie jest przypadek, a kolejne zadanie od Boga. Poczułam się prawdziwie potrzebna. Niewątpliwie czuć było między nami, wolontariuszami, wspólnotę i więź. Jesteśmy bardzo różni, przez co każdy z nas był tam potrzebny i niezastąpiony. Troszczyliśmy się o siebie nawzajem, motywowaliśmy się, rozmawialiśmy, pocieszaliśmy i żartowaliśmy, a przede wszystkim – modliliśmy się razem. Teraz, choć już upłynęło sporo czasu, nadal jak myślę o misji w Brzozdowcach, czuję takie niesamowite ciepło w sercu. Z całego wyjazdu chyba najbardziej utkwiła mi w pamięci rzecz dość codzienna, choć dla mnie niezwykła. Każdego dnia, gdy zaczynaliśmy zajęcia z dziećmi, one podbiegały do nas i przytulały nas tak mocno i z taką miłością, jakby nie widziały nas miesiącami. I podobnie na koniec zajęć – po modlitwie tabun dzieciaków gnał w naszą stronę żeby objąć nas w pasie i okazać tym samym swoją wdzięczność i to, że nasz wysiłek nie idzie na marne – że jesteśmy tam faktycznie potrzebni. Wspaniale było tam być i poświęcić te dwa tygodnie wakacji. Pojechałam na wolontariat, żeby dać innym coś z siebie. Swój czas, zaangażowanie, obecność… I faktycznie, gołym okiem było widać, jaką radość sprawiliśmy dzieciom. Jednak pojechałam tam, żeby dawać, a dostałam dużo więcej… To, czego się tam nauczyłam i czego doświadczyłam nie zamieniłabym na nic innego. Bóg jest naprawdę wielki i szalenie kreatywny w tej grze, którą dla mnie wymyśla. Mam nadzieję, że zadanie wykonałam dobrze i że mogę „przejść dalej”.

Kasia:
Długo zastanawiałam się co powinnam napisać i wydaje mi się, że to co napiszę jest najlepszą rzeczą, jaka została w moim życiu po wyjeździe misyjnym w Brzozdowcach. W środowisku, w którym żyję na co dzień, mój wiek (21 lat) świadczy o dorosłości. Rodzina, przyjaciele rodziny, znajomi itp. uważają, że to już odpowiednia pora na bycie odpowiedzialną i poważną osobą, założyć rodzinę, usamodzielnić się. Przez to często sama pozwalam, żeby te zdania wpływały na moje życie. Jednak będąc w Brzozdowcach i przebywając z „naszymi” dziećmi wiem, że najpiękniejszą rzeczą na świecie jest to, żeby czuć się dzieckiem. Nie myśleć co inni powiedzą i z otwartymi ramionami przyjmować to, co daje nam Pan Bóg. Myślę, że największy wpływ miał na to dzień, w którym zaczęłam grać z chłopakami w piłkę. Ta radość i zaangażowanie w ich oczach kiedy jedno z nas, czyli wolontariuszy poświęciło im uwagę w ich codziennej rozrywce. Po tym dniu nie było już dnia bez pytania czy zagram z nimi. Choć to mała rzecz, jednak po reakcji niektórych chłopców czułam, że nie trzeba wiele, by sprawić im radość – wystarczy po prostu być z nimi i spędzić z nimi choć trochę czasu, kiedy mają nas na wyłączność. Dzięki temu ja sama poczułam się jak dziecko. Wolna od zmartwień i wpływu opinii innych, ciesząc się czasem jaki spędzam z naszymi podopiecznymi oraz nie czując presji czasu. I gdy się nad tym wszystkim zastanawiam to nigdy nie zapomnę, kiedy jeden z chłopców docenił moją grę, mówiąc z uznaniem, że dobrze gram. Choć dla niektórych może być to mało znaczące, ale dla mnie jest to szczególnie ważne, bo pozwoliło mi to na nowo poczuć, że wystarczy tak niewiele, aby cieszyć się życiem, a patrząc na tych chłopców i obserwując ich reakcje wiem, że ten czas, który razem spędziliśmy był dobry.

Kl. Kamil:
Najbardziej w całym wyjeździe, w kontaktach z dziećmi i ich rodzicami zapadła mi w pamięć ich wdzięczność. Wkładaliśmy w nasze przygotowanie dużo pracy, ale dzieci i rodzice to doceniali. Dwa razy rodzice przygotowali dla nas obiad, dostawaliśmy nawet lody i różne warzywa, a pod koniec zaprosili nas na grilla nad jeziorem, gdzie mogliśmy odpocząć i spędzić czas w ich gronie. Również różne prezenty przygotowane przez dzieci dla nas, mobilizowały nas do pracy. Muszę wspomnieć tu również wielką życzliwość ks. Damiana Pankowiaka, u którego mieszkaliśmy. Zawsze nas wspierał i nam pomagał. Ten wyjazd był bardzo męczący, szczególnie psychicznie, ale dzięki tym ludziom równocześnie bardzo pozytywny i błogosławiony, który mam nadzieję przyniesie w przyszłości dobre owoce.

Patrycja:
Kiedy pierwszego dnia do kościoła w Brzozdowcach przyszło ok 40 dzieci byliśmy mile zaskoczeni, że jest ich taka gromadka. Każdego kolejnego dnia przychodziło coraz więcej aż zadałam sobie pytanie czy robimy coś na tyle ciekawego żeby zostały? Przecież to zwykłe podwórkowe zabawy albo wspólne tance czy śpiewy. Okazało się, że dzieci właśnie tego potrzebowały i ich liczba utrzymała się do samego końca. Setka dzieci i nasza szóstka! Jeśli ktoś powie, że nie da się nad tym zapanować to się myli – z Bożą pomocą wszystko się uda!
Po dwóch tygodniach zabaw z dziećmi nasza misja dobiegła końca. Bardzo utkwił mi moment pożegnania, kiedy to po tylu dniach uśmiechu, radości, ale również słabszych dni, w których zmęczenie było silniejsze ode mnie to wszystko nagle się kończy. Po tym jak zebraliśmy dzieci w jedno, duże koło, aby wspólnie odmówić Ojcze Nasz tym razem to one zabrały głos na koniec. Przygotowały dla nas przemowę po polsku, w której zabrzmiały słowa „Kochamy Was”, dwa słówka które doprowadziły prawie każdego z nas do wzruszenia i nie jednemu zakręciła się łezka w oku. Wspólny przytulas ze wszystkimi dziećmi spowodował, że od razu sobie pomyślałam a może za rok tu wrócę?

Karolina: Jakiś czas temu na facebookowym Fanpage’u Wolontariatu Misyjnego Salvator pojawiła się piękna grafika z krzyżykiem misyjnym i napisem „BÓG nie powołuje uzdolnionych, ale uzdalnia powołanych”. Tekst zrobił na mnie szczególne wrażenie, a prawdziwości tych słów doświadczyłam w czasie misji na Ukrainie.
Przed wyjazdem miałam wiele obaw, stresuje mnie to co nieznane, nowe miejsca, nowi ludzie, obcy język. Ale wspominając naszą misję, nie przypominam sobie ani jednej sytuacji, z którą sobie nie poradziliśmy. Wydawało się, że tak dużo nam brakuje, a okazało się, że mamy wszystko, co było potrzebne. Co więcej, mimo tego, że nie wszystko szło po naszej myśli, to cały czas czułam w sercu wielki spokój. Również wtedy, gdy okazało się, że podróż na miejsce musimy wydłużyć o 600 km, gdy w czasie odpoczynku zdarzył się wypadek, gdy zginął mi telefon, gdy ciągle zdarzały się nieprzewidziane sytuacje, miałam pewność, że wszystko dobrze się skończy.

Co dla mnie znaczy tekst z grafiki? Nigdy nie będziemy dostatecznie gotowi na wszystko. Potrzeba odwagi, ale nie takiej, która wynika z braku lęku. To nie tak, że człowiek odważny nigdy się nie boi. To właśnie to, że pomimo obaw podejmuje działanie, stanowi go odważnym. Jeżeli zaufamy, podejmiemy wyzwanie i ofiarujemy nasz czas dla Pana Boga, to On uzdolni nas do wszystkiego, do czego nas posyła i da o wiele więcej niż będziemy się spodziewać.