Strona główna / Wyjazdy / [WYJAZDY] Ukraina – Charków (lipiec 2017)

[WYJAZDY] Ukraina – Charków (lipiec 2017)

  • RELACJA
  • GALERIA

Swoją kolejną posługę, po raz trzeci odbyłem na wschodzie. Tym razem była to malownicza wieś Korotycz, położona w obwodzie Charkowskim. Od samego początku misja ta wydawała się być „szaloną” i tak właśnie było. Już na lotnisku mieliśmy małe opóźnienia, co dawało się we znaki, stres i zmęczenie nie pomagały. Z lotniska odebrała nas siostra Renata, szefowa placówki, w której mieliśmy posługiwać. Po wymianie kilku zdań z siostrą jeszcze mocniej utwierdziłem się w tym, że czeka nas szalony miesiąc. Ale może zacznę od początku. Nasza misja miała polegać na pracy w domu samotnej matki z trudną historią życiową. Mieliśmy organizować dla dzieciaków zajęcia artystyczne, sportowe i tym podobne. I tak właśnie było. Po przyjeździe do placówki około godziny 22, siostra opowiadała nam pokrótce o podopiecznych i samej pracy, sama uprzedziła nas, że będzie to niezapomniany miesiąc. Następnego dnia, od samego rana mieliśmy okazję poznawać mamy i dzieciaki. Na początku dało się odczuć dystans, lecz po kilku godzinach już go nie było. Po obiedzie poszliśmy z dzieciakami do ogrodu – szalonym zabawom i wygłupom nie było końca. Miałem wrażenie, że jestem jednym z tych dzieci: rzeczywiście czułem się jak dziecko.

Każdy nasz dzień w miarę możliwości rozpoczynaliśmy od gimnastyki, potem śniadanie, spacer i zajęcia. Zajęciami plastycznymi głównie zajmowała się moja współtowarzyszka Gosia, z jej zdolnościami plastycznymi i wyobraźnią daliśmy radę. Ja głównie pomagałem w przygotowaniach do zajęć i ogarnianiu szalonej gromadki dzieciaków. Po zajęciach pomagaliśmy siostrze w pracach ogrodowych. Najbardziej w pamięci zapadła mi pomoc w podlewaniu pomidorów „gnojówką”, ciekawy zapach był odczuwalny nawet kilka dni po tej pracy. Nauczyłem się też kosić trawę kosą, co było dla mnie nie lada wyzwaniem. Oczywiście podczas całego wyjazdu towarzyszyło mi moje „niezawodne szczęście”, czyli drobne wypadki przy pracy. Podczas tej posługi wszystko działo się szybko i nie dało się do końca zaplanować dnia, zawsze coś wypadało i trzeba było na bieżąco dostosowywać program dnia. Mimo tego dzieciaki chętnie brały udział w zajęciach. Codziennie rano witały nas głośnym ‘priviet’ i mocnym przytuleniem lub piątką. Energia, którą nam przekazywały sprawiała, że wyczekiwaliśmy na kolejne spotkanie i zajęcia.

Z całej gromadki najbardziej w pamięci zapadł mi 3-letni Misza, najgłośniejsze dziecko jakie kiedykolwiek spotkałem. Misza zawsze miał szalone pomysły, ale chyba najbardziej zapamiętam jego wyraz twarzy, zawsze uśmiechnięty i radosny, oczy niebieskie pełne entuzjazmu, i oczywiście to, że zawsze chodził zasmarkany, co nie było jego winą, ponieważ był silnie uczulony, ale nie przeszkadzało mu to w niczym, nawet w tym, żeby się przytulić lub dać buziaka. Cały wyjazd pokazał mi, że nie da się do końca zaplanować wszystkiego, trzeba żyć każdym dniem. W całości zaufać Bogu i być jak dziecko, które potrafi cieszyć się ze wszystkiego.

Tomasz Fronk,
Wolontariusz WMS